II. Waloński, czyli co i po co?

Bondjoû wygląda trochę jak francuskie bonjour, prawdaNic w tym dziwnego, w końcu Walonia to region sąsiadujący z Francją, a waloński należy do podgrupy języków romańskich zwanej językami oïl, właśnie tak jak francuski.

Ale na ulicach walońskich miast słychać raczej bonjour. Słychać je w domach, jest wymawiane czasem kilka, czasem kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy w ciągu dnia. W sytuacjach oficjalnych, prywatnych, w sztuce, mediach publicznych, prywatnych czy społecznościowych. Dobrego dnia. Raczej wymawiane jest szczerze, ludzie tu są przyjaźnie nastawieni, życzliwi, pogodni. Walonia jest częścią Frankofonii, jej mieszkańcy piszą, czytają, myślą po francusku, są członkami językowej społeczności liczącej ponad trzysta milionów użytkowników w Europie, Azji, Afryce i Ameryce, mogą czuć się częścią jednej z najsilniejszych globalnych kultur. Niektórzy z dumą podkreślają, że stolicą ich kultury jest Paryż, nie Bruksela.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam te słowa wypadające z ust osoby wykształconej i pracującej w sektorze kultury w Liège, nie potrafiłam ukryć zdziwienia. Jednak w naszej części Europy o własną kulturę, niezależną od wielkich sąsiadów, zawsze się walczyło. Możemy się zastanawiać, na ile dziś jesteśmy genetycznie potomkami piśmiennej szlachty – ja z pewnością w bardzo niewielkim stopniu. Jednak wszystko, co przeczytaliśmy, czy w ramach edukacji szkolnej czy literackich poszukiwań na własną rękę, a było napisane oryginalnie w języku polskim, powstało w wyniku jakiegoś kulturowego wysiłku – ktoś postanowił wyjść poza strefę komfortu łaciny i składać wersy w niewygodnej słowiańskiej mowie, ktoś z narażeniem życia organizował tajne komplety, gdzieś jakiś ideał sięgał paryskiego bruku. Nasi południowi sąsiedzi doświadczyli bardzo skutecznej germanizacji – język czeski jako narzędzie nauki i literatury odradzał się dopiero od końca XVIII wieku, a zanim osiągnął jako taką siłę, entuzjaści rozpoczynali pisanie ksiąg historycznych po czesku, ale kończyć musieli je po niemiecku, bo brakowało terminologii. Trudno tu też nie wspomnieć o dziejących się obecnie napięciach we wschodniosłowiańskiej grupie językowej – użycie języka białoruskiego jest systematycznie tępione w reżimie Łukaszenki, i jest oczywiste, że dzieje się tak właśnie w celu pozbawienia obywali poczucia odrębności kulturowej. Jeszcze 15 lat temu mogliśmy obserwować czysty podział Ukrainy na rosyjskojęzyczny wschód i ukraińskojęzyczny zachód, natomiast już od aneksji Krymu nastroje społeczne oraz nastawienie władz do kwestii językowej nabrało kompletnie innego koloru.

W 2022 roku, po rosyjskiej agresji na Ukrainę, atmosfera w polskich domach była napięta. Spektakl, nad którym pracowaliśmy, nagle zlewał się z rzeczywistością, w przerwach między próbami odpalaliśmy jednego papierosa od drugiego rzucając okiem na rekwizytowe walizki i zadawaliśmy sobie nawzajem pytanie: A ty, co spakujesz? Co zabierzesz ze sobą? Dokąd wyjedziesz? Masz rodzinę na Zachodzie? Jedna z aktorek (z rodziną w Kanadzie, czyli najlepiej) zaczęła snuć już bardzo konkretne plany, gdy padło pytanie o to, co tam będzie robić:

– Teatr.
– Masz taki dobry angielski?
– Nie. Po polsku będę robić teatr.
– Ale z kim, za co?
– Nie wiem, wszystko jedno. Z dziećmi. Za darmo. Pójdę do pracy, mogę przecież sprzątać albo robić cokolwiek. A co? Tego nam nie mogą zabrać. To ja jestem polską kulturą.

Możemy uśmiechnąć się i pokiwać głową nad patosem tych słów. Nie da się jednak ukryć, że język ojczysty to w naszej podświadomości i w naszym historycznym doświadczeniu coś, o co się walczy. Coś, co nas stanowi. Coś, czego nie można nam zabrać.      

Walonia to południowy region Belgii, kraju o stosunkowo krótkiej jak na europejskie standardy historii (liczonej od 1830 roku), za to jednej z najbardziej pokręconych. Kraj, w którym konflikt językowy rozgrzewa atmosferę społeczną, jest źródłem legend, samostanowienia, strajków i tętniącej pod skorupką grzeczności wewnętrznej niechęci. Kryterium lingwistyczne stało się również administracyjne. Tyle że język waloński w ogóle nie bierze udziału w tych przepychankach. Flamandzka północ i francuskojęzyczne południe toczyły boje tak zawzięte, aż doszło do całkowitego rozłączenia w kwestiach kluczowych dla języka, czyli edukacji i kultury. Uciskane przez francuskich panów flamandzkie społeczeństwo odniosło zwycięstwo i po zmianach gospodarczych teraz góruje nad zubożałym południem. We Flandrii kwitnie handel, sztuka, turystyka i skrajna prawica.

„W latach 90., za dzieciaka, chodziliśmy oglądać teatr marionetkowy. W Liège jest taka tradycyjna postać, nazywa się Tchanchès – ubrany w niebieską koszulę robotniczą, z czerwoną chustką zawiązaną pod szyją, w sabotach i czarnym kaszkiecie. Jego żona to Nanesse. Coś jak angielskie Punch i Judy, ale właśnie jako marionetki na drucie. I te przedstawienia były po walońsku. Teraz grają je po francusku. Widziałem w lokalnej telewizji reportaż, dziennikarz zadał nawet pytanie, skąd ta zmiana? Odpowiedź brzmiała: bo dzieci nic nie rozumiały.”

Stary kontynent pełen jest małych, regionalnych języków, wiele z nich odchodzi w zapomnienie, szczególnie te, które mają pochodzenie ludowe, nigdy nie stały się częścią wiodącej kultury. Często związane to było z decyzjami politycznymi, inżynierią społeczną – coś o tym wiemy, skoro od dziecka odmieniamy przez wszystkie przypadki rusyfikację i germanizację, widzimy, co działo się z językiem ukraińskim przez ostatnią dekadę, co niestety dzieje się z językiem białoruskim. Według Światowego Atlasu Języków UNESCO (The World Atlas of Languages), waloński należy do kategorii języków Definetely Endangered (pol. dość zagrożony) – nie jest nauczany w szkołach, nie jest językiem urzędowym. Według oficjalnych danych posługuje się nim około 600 tysięcy użytkowników, ale są to głównie ludzie starsi.

„Moi dziadkowie mówili po walońsku. W domu, w pracy, w rozmowach z sąsiadami. To rodzice chcieli być światowi, przeprowadzili się do miasta. Waloński to język ziemi, kojarzył im się ze wsią. Więc mówili już tylko po francusku.”

Czy język może umrzeć sam z siebie w jedno pokolenie? I dlaczego właściwie w latach pięćdziesiątych zaczęto karać za użycie walońskiego w szkole?

Wiem, że jestem mocno skażona własną kulturą i historią. Wiem, że nie jestem jedyna, bo za każdym razem, gdy opowiadam o śmierci walońskiego ludziom z naszej części Europy, widzę ich zdziwienie, ale też zainteresowanie. Chciałabym odbyć tę podróż w inny świat, żeby móc trochę lepiej identyfikować własne struktury myślenia. Powpadać w pułapki uproszczeń i emocji, zapisać je, wziąć głęboki oddech i spojrzeć na nie jeszcze raz. Nie odrzucać ich, tylko układać w opowieść, razem z uproszczeniami i emocjami ludzi, których ta historia naprawdę dotyczy. Umieranie języka musi przecież boleć. Tylko kogo, dlaczego, w jakim stopniu? I czy ta historia może opowiedzieć nam coś większego? 

Previous
Previous

III. Liège. Luik. Leodjum. Legia. Lutych czy też Lüttich. Po walońsku Lîdje.

Next
Next

I. Skąd się tu wzięłam?