III. Liège. Luik. Leodjum. Legia. Lutych czy też Lüttich. Po walońsku Lîdje.
„Jesteśmy w Leodjum. (...) Nie ma tu nic tak monumentalnego, jak Hotel de Ville, Maison du Roi, katedra św. Guduli, lub przepyszny pałac sprawiedliwości w Brukseli; niema [pisownia za oryginałem – przyp. aut.] kościoła, jak katedra św. Bawona w Gandawie, kościół św. Jakóba w Antwerpji lub fara św. Romualna w Malines; niema ratusza, jak gmach municypalny w mniejszem znacznie Lovanium, prawdziwe cacko gotyku ; niema nic podobnego, jak pałac Gruuthuuse, lub Sukiennice (les Halles) ze słynną wieżą w „umarłem” Brugges; nie szukać też tu owych skarbów sztuki malarskiej, tak hojnie po całej Belgii rozsianych! Jeżeli jednak tego wszystkiego brakuje, to w odwet, miasto jest tak piękne w swej całości, tak powabne, jak młoda świeża dziewoja wiejska w wieńcu leśnych kwiatów. A całość ta obramowana jest sierpem łagodnych wzgórzy, wesołych, uśmiechniętych, błyszczących w lipcowem, złotem słońcu i wygląda niby urocza sielanka na tle zielono-żółtawo-złocistem.”
Jest rok 1905. Hrabia Kazimierz Ostaszewki-Barański przybywa ze Lwowa wraz z delegacją Towarzystwa Dziennikarzy Polskich do Belgii, aby wziąć udział w kongresie prasy i Międzynarodowej Wystawie Światowej w Liège, organizowanej z okazji 75-lecia belgijskiej niepodległości. Swoje wrażenia wyda dwa lata później w książce „Z krainy prawa, wolności i pracy.” Nie jest to zresztą jedyny jego zbiór szkiców z podróży, od 1886 roku ukazywały się też „Z okien wagonu: wrażenia z podróży po Skandynawii”, „Z krainy stu wysp”, „Z nad Drawy, Sawy i Soczy”, „Z dorzecza Wełtawy”, „Z nadreńskich stron”, a potem jeszcze „Z morawskiej ziemi”. Tytuł, jaki wybrał dla swoich „ilustrowanych zapisków z Belgii”, różni się od pozostałych – na pierwszy plan zamiast geografii wysuwają się ciężkie słowa, które musiały mieć szczególne znaczenie dla doktora praw i pisarza historycznego, zajmującego się też kwestią rabacji galicyjskiej. Możemy sobie wyobrazić jak dobierał te słowa, jakby chciał nam powiedzieć „uporządkowany raj, na który się ciężko pracuje”. To, że Galicja była najbardziej zabiedzoną częścią Cesarstwa Austro-Węgierskiego, wiemy od dawna. Czytając słowa hrabiego o „młodych świeżych wiejskich dziewojach” stają nam przed oczami fragmenty „Chamstwa” Kacpra Pobłockiego czy „Chłopek” Joanny Kuciel-Frydryszak. Trudno się nie uśmiechnąć pod nosem. Ale może ta podróż w czasie o niemal 120 lat pozwoli nam wejść w miasto, które przecież niezbyt jest obecne w naszej zbiorowej podświadomości.
Metropolia w roku 2024 liczyła sobie 195 tysięcy mieszkańców (tyle co Toruń), ale jej aglomeracja to już około 700 tysięcy dusz, co sprawia, że jest największym skupiskiem w Walonii (Bruksela się nie liczy – to osobne ciało administracyjne), trzecią co do wielkości aglomeracją w Belgii (po Brukseli i Antwerpii) oraz piątą największą gminą – i tu poza oczywistymi miejscami jak Bruksela i Antwerpia, pojawia się też przepiękna flandryjska Gandawa oraz... Charleroi.
Charleroi z pewnością jest w Polsce kojarzone, a to za sprawą lotniska obsługującego tanie loty. W Liège również znajduje się lotnisko, jednak przed laty politycy zadecydowali, że to właśnie Charleroi, nazywane mniej lub bardziej żartobliwie najbardziej depresyjnym miastem Europy Zachodniej, stanie się odciążeniem Brukseli w ruchu pasażerskim, natomiast Liège obsługiwać będzie loty towarowe.
Stolicą Walonii jest Namur, ale Ostaszewski-Barański tam nie zagląda. Ja też jeszcze tam nie byłam i być może przy innych okazjach uda mi się odkryć trochę więcej regionu. Zgodnie z regulaminem pobytu rezydencyjnego powinnam wyruszyć z domu, dotrzeć na miejsce, spędzić w nim dokładnie 30 dni i powrócić do domu. Wrocław – Liège – Wrocław. Jakby trochę zmrużyć oczy i wziąć pod uwagę historyczne transfery ludności, można by powiedzieć, że to praktycznie jak Ostaszewski-Barański przybywający ze Lwowa.
Moją bramą do Walonii jest holenderskie Maastricht, bo tam wysiadam w stanie oszołomienia po piętnastu godzinach podróży autobusem relacji Warszawa-Bruksela. Następny odcinek drogi, zdecydowanie wygodniejszy, odbywam w regionalnym, transgranicznym pociągu. Kursujący co godzinę, dźwięcznie wygłasza komunikaty po holendersku, francusku i niemiecku. Witamy w Beneluksie.
Wjazd na dworzec Liège Guillemins robi wrażenie, prawdopodobnie również na wyspanych przyjezdnych.
Podczas gdy dworzec w Maastricht jest neorenesansowy, ozdobiony witrażami i historyzujący, Liège wita otwartą formą, kolorem, falami i obłością. Zaprojektowany przez hiszpańskiego architekta Santiago Calatravę – jest piękny, ale niezbyt przyjemny w wietrznym i deszczowym klimacie. Jest to dworzec, na który wpada się w ostatniej chwili, bo nie ma gdzie w nim przebywać - za poczekalnie muszą służyć perony lub tunel pod nimi. Jest to ciekawa wizytówka miasta, jednak z ust miejscowych można usłyszeć bardziej dosadne przymiotniki dotyczące funkcjonalności tego architektonicznego transferu z ciepłego południa.
Metropolia jest w rozbudowie, w remoncie. Chodniki są swojsko brudnawe, niebo sine, listopadowe. Ulice często wydają się być opuszczone. Trzeba wiedzieć, gdzie zaglądać, czego się chce. Miasto, jak to miasto, potrafi być brutalne. Uważam za luksus, że nie muszę odkryć wszystkiego w 48 godzin typowego euroweekendu. Próbuję dotrzeć do wynajętego lokum za pomocą transportu publicznego, który zdaje się drżeć w posadach pod ciężarem projektu budowy tramwaju. Trwający latami proces, który stał się źródłem ogromnych frustracji, ale też żartów, wreszcie został ukończony. Niestety tym razem nie będzie mi dane przejechać się tramwajem - obecnie trwa faza testowa. Próbuję zatem ćwiczyć miejskie autobusy, ale szybko nabieram ochoty, by na wzór znanej i lubianej strony „Czy wrocławskie mpk już dzisiaj jebło?” założyć „Czy walońskie Le TEC doprowadziło mnie dziś do szału?", aby dzień w dzień postować zwięzłe oui. Bez walizki chętniej wybiorę się na spacer. I tu natychmiast mogę poczuć przewagę nad lwowskim kolegą z przeszłości:
„Miasto wznosi się odpowiednio do terenu w łagodnych terasach. Jak w dawnych czasach, z powodu konieczności otaczania miast murem, wyzyskiwano miejsca dla budowy, wskazuje najlepiej stara część Leodjum, pomiędzy bulwarem Sauveniere a cytadelą, zbudowana na zboczu góry; jest tu sześć kondygnacyj domów, wznoszących się jedne nad drugimi. Schody, prowadzące wprost z rue Hors Château ku twierdzy, mają nie mniej jak 1000 stopni. Jest to prześliczny spacer dla tych, którzy mają dobre nogi i zdrowe piersi; próbowałem i ja odbyć go, ale wróciłem już z ¼ części wysokości i odwiedziłem cytadelę wygodniej, bo dorożką.”
Stopni jest zaledwie 374. Dokonuję sporego wysiłku, aby się nie wyzłośliwiać czy przemilczeć komentarze na temat ego autora. Za to z dumą stwierdzam, że mam jeszcze dobre nogi i zdrowe piersi, bo udało mi się jakoś tam wdrapać. Z mieszanką zazdrości i przerażenia obserwowałam urocze domki przyklejone do schodów na ich całej długości, próbując wyobrazić sobie codzienne życie ich mieszkańców – zakupy spożywcze, wózki dziecięce, przeprowadzki z kartonami pełnymi książek. Mój płaski wrocławski umysł, pomimo kilku lat życia spędzonych w bardziej górzystej Bratysławie, wciąż nie jest w stanie tego pojąć.
Ostaszewski-Barański sporo miejsca w rozdziale o Leodjum poświęca architekturze sakralnej. Kościół jest dla niego kulturowym łącznikiem z tym miejscem. Hrabia wybiera się na poranną mszę i opisuje drobne różnice w zachowaniu wiernych (modlenie się z rękami wyciągniętymi do przodu zamiast złożonymi dłońmi) czy wyposażeniu świątyni w krzesła zamiast ławki. Takie czasy. Dla mnie, w roku 2024, kluczowe będą muzea, teatry, biblioteki – miejsca, w których będę mogła poobserwować, jakie narracje tu przeważają. Ale też kawiarnie, bary i les fritetries (frytkarnie? smażalnie?), gdzie będę rozmawiać z ludźmi, którzy zgodzili się poświęcić mi swój czas, podzielić się wiedzą i doświadczeniem. I to jest kolejny luksus całego tego przedsięwzięcia, luksus, który nie jest związany z pieniędzmi, tylko z dobrą wolą Belgów, Walonów, leodyjczyków. Z ich otwartością, ciepłem i chęcią pomocy, które zdają się być tu rzeczą powszechną, głęboko zakorzenioną w kulturze.
Jest to pewien rodzaj ciepła, które bardzo chce się oddawać. Liège przypomina mi Brno czy Wrocław, jest takim „miastem drugim”, paradoksalnie nie tylko w skali kraju, ale pod względem administracyjnym również w Walonii. Zatem jeśli będę mogła jakoś oddać trochę tego ciepła, chociażby w powietrze, będę się starała to robić opisując tych ludzi, te miejsca, ich przeszłość, relacje, czy wreszcie – ich umierający język.