IV. Muzeum Życia Walońskiego
Automat do gry w stylu arcade. Obudowa ze stylowej sklejki, zamiast plastikowych przycisków i dżojstików - kontrolery do PlayStation. Na ekranie dwie marionetki typu sycylijskiego (ze sztywnym drutem w głowie zamiast sznurów), zwrócone ku sobie w bojowych pozach, nad nimi paski HP, ilość sekund do końca rundy. Bradamante vs. Princesse. Na czole automatu neonowy napis: Warionettes. Pod ekranem naklejka – ściąga do kombo. Wciśnij X pour jouer.
Poszukiwanie zagranicznego partnera do projektu potrafi być prawdziwą gehenną. Do kogo się zwrócić? Komu będzie można zaufać? A może w okolicy mieszka chociaż jakiś krewny?
Przeczesywałam internet w poszukiwaniu instytucji w Liège, które są aktywne, wydają się być przyjazne, będą mogły zaoferować mi odrobinę merytorycznego wsparcia, dać kawałek biurka i sypnąć internetem. W którymś momencie nawet przyglądałam się badawczo zdjęciom pracowników, próbując wyczytać z ich twarzy: kto jest najbardziej sympatyczny? Kto zareaguje na moją wiadomość?
Miałam ogromne szczęście.
Odpowiedział mi szef biblioteki Muzeum Życia Walońskiego, Baptiste Frankinet, romanista, dialektolog, pisarz i aktywista – natychmiast udzielając mi odpowiedzi na podstawowe pytanie, czyli dlaczego w Walonii nie mówi się po walońsku.
W całym regionie język francuski historycznie był językiem władzy, a języki uznawane ze jego dialekty traktowane były jako coś mniej wartościowego. Od początku istnienia Belgii język francuski był językiem arystokracji (zarówno walońskiej jak i flandryjskiej), natomiast waloński i flamandzki (regionalna odmiana niederlandzkiego, przez niektórych również uznawana za odrębny język) były językami wsi i klasy robotniczej. Jeśli chciało się być kimś, należało mówić po francusku. Język ten był oznaką statusu i bramą do awansu społecznego. Stopniowo rezygnowano z walońskiego, w ludziach rosło przekonanie, że wartość ma tylko język francuski. Zatrzymany został proces przekazywania dzieciom języka przez rodziców. Obecnie język waloński traktowany jest jako sympatyczny element folkloru.
Bliskość francuskiego i walońskiego okazały się być mordercze. W samej Flandrii sprawy wyglądały zupełnie inaczej – dużo trudniejsza sytuacja komunikacyjna między państwem a obywatelami wywołała liczne napięcia i stała się jednym ze źródeł ruchu flamandzkiego.
No dobrze, ale skoro tak łatwo umiera język, to dlaczego, biorąc pod uwagę naszą burzliwą historię, nie piszę teraz tych słów po niemiecku? Trudno mi uwierzyć, że narzędzie, z którym uczymy się mówić, w którym dorastamy, w którym myślimy i kształtujemy się jako jednostki i jako grupy, może być tak łatwo i szybko wykorzenione z powodu swego rodzaju wygody.
Delikatna kobieca dłoń o śnieżnobiałych paznokciach wysuwa się z luźnego rękawa eleganckiego szlafroka. Ostrożnie kładzie palec wskazujący, środkowy oraz kciuk na kurek pękatego kranika. Z umywalki unoszą się kłębki pary, pieszczą spód dłoni i zaczepnie wypychają mały paluszek w górę, jakby pito tu herbatę w najlepszym towarzystwie. „Gorąca woda na wyciągnięcie ręki. O każdej porze dnia i nocy. Jedyny system działający bez zużywania dodatkowego opału. A. Reymen. 8, Rue Sœurs de Hasque – Liège. Telefon 2123.”
Baptiste stał się moim przewodnikiem – dosłownie i w przenośni, bo zanim usiedliśmy nad książkami i archiwaliami w bibliotece, której jest szefem, oprowadził mnie po swoim muzeum.
Wystawa stara się odpowiedzieć na pytanie, co znaczy być Walończykiem. Ta tożsamościowa kwestia stanowi wyrwę w świadomości ludzi, z którymi tu rozmawiałam. Nie bez przyczyny zresztą – podobnie jak język waloński uznawany jest za coś bezużytecznego, samo określenie „waloński” zbyt często pojawia się w dyskursie politycznym czy społecznym jako obelga, kierowana przede wszystkim ze strony flamandzkiej skrajnej prawicy. W telegraficznym skrócie: do pewnego momentu w historii kraju przemysłowa Walonia była bogatym regionem, jednak około połowy XX wieku to Flandria stała się przeważającą gospodarczo siłą, a Walonia zbiedniała, nie wytrzymując konkurencji we Wspólnocie Węgla i Stali, a potem Unii Europejskiej. Historia Belgii to niekończąca się litania politycznych przepychanek, negocjacji, reform i ustaleń – to wieczne pole doświadczalne wspólnej egzystencji.
Tożsamość flamandzka jest wyrazista, ale budowana między innymi na opozycji do francuskojęzycznego establishmentu i francuskojęzycznych „leni, których musimy utrzymywać z naszych podatków”. Tożsamość walońska jest czymś zdecydowanie bardziej chwiejnym, można tu usłyszeć od miejscowych, że są przede wszystkim Belgami, następnie Leodyjczykami – i dotyczy to nie tylko mieszkańców Liège, ale całej okalającej go prowincji, która historycznie była częścią biskupstwa wchodzącego w skład Świętego Cesarstwa Rzymskiego.
Kostka brukowa usypana na kupkę mocno odcina się od sosnowych paneli podłogowych i burgundowej gładkiej ściany. Usypana jak kurhan, czy też jak materiał gotowy do ułożenia w chodnik, tyle że budowlaniec właśnie wyskoczył na lunch. W mieście rozkopanym od kilku lat z powodu budowy linii tramwajowej może budzić bolesne skojarzenia. Ze zbocza brukowego wzgórza wystaje drewniana obudowa telewizora kineskopowego. Gdy jest uruchomiony, pokazuje kronikę filmową strajków robotniczych z lat 60. Podczas naszej wizyty jest wyłączony. Z edukacyjnej instalacji zmienia się w konceptualną rzeźbę.
Wystawa opowiada o życiu w Walonii przede wszystkim w XIX i XX wieku – czyli o tych ziemiach i ich mieszkańcach jako o części powstałej w 1830 roku Belgii. Jej autorzy wybrali pięć tematów, wokół których budują narrację o regionie. Sama Walonia jest określana poprzez bogactwo jej dóbr naturalnych, bogactwo jej dialektów (o nich opowiem więcej przy okazji samej nauki języka). W tym temacie zawiera się też historia ruchu walońskiego, literatury i teatru tworzonych w tym języku. Czyli to, co najbardziej mnie interesuje. Zatrzymujemy się co chwilę, wchodzimy w szczegóły, żartujemy i robimy plany na najbliższe cztery tygodnie. Niemal na każdym kroku otwierają się nowe kwestie – dlaczego walońska gramatyka opisowa powstała dopiero w 1905? Jakimi tematami operowała liryka walońska? Czy istnieje wielka realistyczna powieść walońska? Czy literatura światowa była tłumaczona i wydawana w języku walońskim?
No właśnie. Stanęliśmy z boku, starając się ściszyć głosy, aby nie przeszkadzać pozostałym odwiedzającym. Nie tłumaczona, adaptowana. Przepisywana w sposób zwięzły, aby przypadkiem nie zanieczyścić walońskiego francuskimi zwrotami. Nagle wykwitł przed nami jeden z dużych paradoksów gestów mających za zadanie zachowanie żywiołu, jakim jest język – działania podejmowane w celu ratowania języka zarazem w pewien sposób go ograniczają.
Jedna z wielu gałęzi, na których będę się tu huśtać.
Dwie kwadratowe karteczki, czerwona i żółta. Każda podzielona na cztery pola - ponumerowane, perforowane dla wygodnego i estetycznego podziału. Kartki żywnościowe? Nie.
1. Structure unitaire avec modification.
2. Autonomie dans le cadre de la Belgique.
3. Indépendance de la Wallonie
4. Réunion de la Wallonie à la France.
To karty do głosowania z 20 i 21 października 1945 roku, z posiedzenia Walońskiego Kongresu Narodowego. Pytanie: jak powinna wyglądać przyszłość Walonii? Czerwona służyła do oddania głosu „serca”, żółta głosu „racjonalnego”. Dlaczego na polu numer jeden i dwa ktoś ołówkiem narysował swastyki?
Kolejnymi obszarami wystawy była ewolucja techniczna i rewolucja przemysłowa – innowacja oraz wiedza techniczna były tu na pierwszym planie praktycznie od momentu powstania Belgii. Być może jakimś ciekawym tropem będzie prześledzenie biografii walońskich poetów, bo nawet podczas pobieżnego kartkowania antologii zaskoczyła mnie ilość inżynierów wśród literatów.
„Życie razem” – choć hasło to od razu przywodzi na myśl konflikty etniczne i językowe, w muzeum opisuje ono zwyczaje i tradycje, szczególnie oryginalność i bogactwo karnawału. Prześlizgujemy się przez „Dzień po dniu” – kolekcje przedmiotów użytkowych, towarów, artykułów spożywczych, mody, reklam. W tej kategorii również umieszczono kulty świętych, przesądy i wierzenia – na przykład drzewo gwoździowe, które miało uśmierzać ból tego, kto potarł ciało gwoździem i wbił je w pień. Korzyść dla zabobonnego cierpiętnika, niezbyt miła sprawa dla samego drzewa. Tuż za ciemnym, złowieszczym konarem błyszczy biskupia szata – ostatni rozdział wystawy opowiada o duchowości, zatem oglądamy stroje kapłanów wszystkich religii, przechodzimy przez salkę poświęconą historii edukacji (czyli scenografię do „Umarłej klasy” Kantora) i wreszcie patrzymy, bez szczególnego podniecenia, na regionalne rzemiosło artystyczne.
Lekko zziajani przebiegamy przez wystawy czasowe, ostrożnie stawiając kroki, aby nie kopnąć któregoś z pokładających się na podłodze dzieci, biorących właśnie udział w animacjach muzealnych. Mijamy kilka grup - w wieku przedszkolnym, wczesnoszkolnym, młodzież. Ciekawe na ile narracja umieszczona w muzeum obecna jest w programie ich nauczania?
Wreszcie wpadamy do biblioteki. Siadam do biurka na którym ląduje kilka opasłych tomów. Wspominana już antologia literatury, historia kultury, dzieje dialektów, historia regionu. Czuję się jak na pierwszym roku studiów. Ilość materiału wydaje się być nie do opanowania, a termin egzaminu zawsze przychodzi za wcześnie. Pora wziąć głęboki wdech. Teraz.
Kilkadziesiąt ludzików, każdy nie większy niż dłoń. Kotłowanina bab, dzieci i koszyków z towarami. Jak fala morska pod Perron de Liège – krzyżówką pręgieża i fontanny, ustawioną na place du Marché. Ktoś śpi, ktoś się wspina, ktoś właśnie zrobił dobry interes. Twarzyczki pełne szczegółów. Uformowana glina, którą nosił w kieszeni Léopold Harzé, rzeźbiarz-reportażysta, obserwator klasy robotniczej miasta, obsesyjnie odtwarzający grymasy, ciała w krzątaninie, rytmy. „Targowisko w Liège” jest dziełem otwierającym zarówno stałą ekspozycję jak i „Visitor’s guide” - bogato ilustrowany przewodnik, wydany w stylu albumów z Taschena, do czytania po francusku lub angielsku. W nim, na jednej z pierwszych stron, czytamy: „At the Universal Exhibition in Paris in 1867, eight sculpted groups [by Harzé] met with resounding success, despite the adverse verdict of Francisque Sarcey, a literary critic who believed that ‘the little fellow from Liège’ should be censured because ‘sculpture should never be a matter of spirit’.”