V. Leodyjski walk and talk
Są rzeczy, których się tu boję. Nerwowe wychudzone figury w centrum miasta, ludzie, których dobrostan uzależniony jest od wahań cen na rynku używek. Namioty w parkach. Zawilgocone sny o raju.
Są rzeczy, które mnie tu wzruszają. Na przykład witanie się z ludźmi na ulicy. Z początku myślałam, że dotyczy to tylko sąsiadów. Ale nie. Obowiązująca zasada jest taka, że jeśli ktoś na ciebie spojrzy, witasz się z nim. Jakby to nie było duże miasto, tylko jakieś tam miasteczko do pięciu tysięcy. Akt powitania na ulicy sprawia wrażenie, że wszyscy się tu znają, choć wcale tak nie jest. Spojrzenie na drugiego człowieka i powitanie go sprawia, że budzące pierwotny lęk zderzenie z obcym staje się trochę bardziej znośne. Ja jestem w porządku, a czy ty też jesteś w porządku?
Słońce zachodzi tu później niż w Polsce, ale jednak jest listopad, więc dosyć szybko robi się ciemno. Po chodniku idzie kobieta około czterdziestki, szeroki chwiejny krok, rozpuszczone włosy, krótka spódniczka, kozaki na koturnie. Towarzyszy jej mężczyzna, ale jest po drugiej stronie ulicy. Dialogują, przekrzykując się w mroku.
Ja stoję na rogu, nie wiedząc co zrobić z rękoma, bo przestałam palić jakieś dwa lata temu. Nade mną górują kilkumetrowe żelazne maki, upamiętniające incydent z 2006 roku, gdy dwie małe dziewczynki zaginęły podczas przyjęcia, a ich ciała odnaleziono kilka dni później w pobliskim kanale.
– Dzień dobry – mówię, patrząc kobiecie w twarz.
– Dzień dobry – odpowiada beznamiętnie.
Wyciągam z kieszeni telefon, jak zwykle wyszłam za wcześnie. Jeszcze kilka minut.
– Nie widzisz, że jest ciemno?
Odwracam się. Kobieta stoi na środka przejścia dla pieszych i wymachuje rękoma, starając się utrzymać pion.
– Jest ciemno, więc trzeba powiedzieć dobry wieczór, do kurwy nędzy!
– Ach, przepraszam. Dobry wieczór!
– Dzień dobry, madame! – śpiewnie wykrzykuje do mnie mężczyzna. Jego śmiech niesie się po pustej ulicy.
Ponoć Liège jest jedynym miastem, w którym obowiązuje ta zasada. Renaud opowiada mi podczas spaceru, że okropnie mu tego brakowało, gdy mieszkał za granicą. Spotkaliśmy się, bo postanowił nauczyć się walońskiego i uczestniczy w kursach, które współprowadzi mój partner projektu i przewodnik po walońskim, Baptiste.
Renaud zaczął interesować się walońskim, aby nawiązać (czy też utrzymać) kontakt z krajem, z którego wyjechał podczas studiów. Kariera uniwersytecka zatrzymała go przez wiele lat za granicą, jednak ostatnio powrócił wraz z żoną i nastoletnimi już dziećmi do Liège.
Ale w jego rodzinnym domu waloński nigdy nie był obecny – z jednej strony z powodu imigranckiego pochodzenia, z drugiej, przynależności do wyższej klasy społecznej. Dziadek ze strony matki był architektem, mówił po walońsku, ale tylko tyle, aby móc komunikować się z robotnikami na budowie. W domu mówiono po francusku.
Natomiast dziadek ze strony ojca był Polakiem. Zapalają mi się oczy – kojarzę falę przedwojennej polskiej imigracji. Głównie byli to górnicy, w tym Edward Gierek zdobywający międzynarodowe obycie, które potem pomoże mu w załatwieniu słynnych zachodnich pożyczek. Córka innego górnika, Violetta Villas, urodziła się w Verviers, dorastała w Liège i podawała język waloński jako jeden ze swoich ojczystych, obok polskiego i francuskiego.
– Nie, mój dziadek nie był górnikiem. Przyjechał tu na studia, poznał moją belgijską babcię, zakochali się. Gdy wybuchła wojna, uparł się, by wrócić do Łodzi. Był w Armii Krajowej. Całą wojnę spędził w kontrwywiadzie, ale wrócili tu po 1945. Dziadek nie chciał mieć nic wspólnego z komunistyczną Polską.
No tak...
Zaczynamy nasz dzień w Le Delft – jednej z dwóch kultowych kawiarni naprzeciwko gmachu uniwersytetu. Drugą jest Pepouz café. Tradycyjne przybytki, w których można czytać gazetę, sprzeczać się z profesorem, gdzie ceny nie mordują studenta. Pomimo wczesnej godziny, zgiełk jest nie do wytrzymania. Na szczęście mój interlokutor jest równie wrażliwy na tym punkcie co ja. Postanawiamy zmienić lokal na stołówkę uniwersytecką, ale tam też nie mamy szczęścia. Wprawdzie hałas jest bardziej znośny, ale wszystkie stoliki są zajęte. Naciągamy czapki na uszy i idziemy przejść się po mieście. Walk and talk.
Przechodzimy przez most do Outremeuse, dzielnicy położonej w centrum miasta, na wyspie na rzece Moza. W 1927 roku grupa dziennikarzy i innych osobowości mieszkających w tym miejscu, zainspirowani paryskim Montmartrem, założyli République Libre d’Outre-Meuse. Zaglądamy do wejścia teatru Trianon, sceny grającej wyłącznie w języku walońskim. Krótki rzut oka na afisze sugeruje, że nie jest to scena profesjonalna, w repertuarze komedie – scenki małżeńskie, qui pro quo, slapstick. Wyjątkiem od reguły jest „Li Cayè d’Anne Frank”, ale grają dopiero w kwietniu 2025. Ponoć komedie są autentycznie zabawne, niestety Renaud nie widział inscenizacji najsłynniejszego dziennika świata. Mam zamiar powrócić jeszcze do tego miejsca, z innym z moich rozmówców. Póki co wiem, że stowarzyszenie organizujące teatr również jest odpowiedzialne za kurs językowy.
Nie mogę nigdzie znaleźć informacji, w jaki sposób finansowana jest działalność zespołu oraz same kursy, a wiadomo, że próbując się połapać w zależnościach polityki kulturalnej należy prześledzić jej finansowanie. Zdaje się jednak, że prędzej jest to wsparcie ze strony miasta i prowincji, niż walońskiego „ministerstwa kultury”.
Opowiadam, że bawi mnie nazwa Trianon dla komediowego teatru granego w umierającym języku, bo w moich kręgach kojarzona jest z Traktatem w Trianon z 1920 roku, w wyniku którego Węgry utraciły dwie trzecie ludności i 70% obszaru państwa – co do dziś uznawane jest za ich największą historyczną traumę oraz jako hasło międlone jest w nieskończoność dla zbicia polityczne kapitału. Teatr Trianon brzmi trochę jak Cyrk Smoleńsk albo Kabaret Jałta. Renaud delikatnie sugeruje, abym nie dzieliła się tymi spostrzeżeniami z ludźmi z teatru.
Rozmawiamy o działaniach dialektologów leodyjskich, szczególnie o projekcie Jeana Hausta, który w 1921 roku rozpoczął prace nad „Atlasem lingwistycznym Walonii” (na wzór „Atlasu lingwistycznego Francji” wydawanego w latach 1902-1910). Pięć pokoleń badaczy już poświęciło się temu projektowi, przy czym wydano zaledwie dziesięć z zaplanowanych dwudziestu tomów. Istnieją poważne obawy co do tego, czy atlas zostanie ukończony, nie mówiąc o tym, że „jeden pożar dzieli nas od utraty bezcennych danych”. Nie mamy pewności, co dzieje się obecnie z projektem, wymieniana w artykule na Wikipedii jako obecny jednoosobowy zespół zajmujący się atlasem, Esther Baiwir, nie pracuje już na tutejszym uniwersytecie, lecz wykłada we francuskim Lille.
Pytam o pierwsze zetknięcie z tym językiem – skoro wiem, że nie było to w domu, bo dla petite bourgeoisie uczenie dzieci walońskiego byłoby czymś karygodnym. Słyszę opowieść o nauczycielu, który z własnej inicjatywy przyniósł do klasy walońskie wiersze. Małe trzęsienie ziemi, pęknięcie świata, które odsłania coś nieznanego. Pamiętam bardzo dobrze to uczucie, jak przekręcanie klucza w zamku do tajemniczego ogrodu. Świat niesie ze sobą więcej, niż widzimy na pierwszy rzut oka. Idący obok mnie człowiek kilka dekad temu tuż po lekcji pobiegł do biblioteki, żeby znaleźć coś więcej na ten temat.
Nie wiemy jak jest dzisiaj – o to, co znajduje się dokładnie w programie nauczania, będę pytać innych. Zresztą to doświadczenie szkolne było jakiś czas temu, zdaje się, że teraz trochę inaczej podchodzi się do historii literatury. Czasy są inne. Osobiście trudno mi sobie wyobrazić jak budowana może być tożsamość bez świadomości literatury pisanej w regionie, w regionalnym języku. Ale też dlatego tu jestem – żeby zobaczyć, na ile jest to tak naprawdę problem. Żeby może zacząć sobie wyobrażać rzeczy.
Z pewnością nie jest to wygodna pozycja, gdy Flamandowie, z którymi dzielisz kraj, postrzegają cię jako ekonomiczny ciężar, natomiast dla Francuzów, z którymi współdzielisz język (i wszystko co się z tym wiąże), jesteś żartem. Nawet jeżeli teraz we Francji panuje pewna moda na Belgię, przez długie dekady jednak królowały mocno odczuwalne stereotypy i lekceważenie. Nie wiadomo też za bardzo jak długo ta moda potrwa. Część walońskich środowisk naukowych i artystycznych pała żarliwą jednostronną miłością do Paryża, ale nie jest to zbyt bezpieczna inwestycja uczuciowa.
Wstępujemy na chwilę do katedry św. Pawła, która otrzymała ten tytuł po zrównaniu z ziemią ogromnej, przepięknej katedry św. Lamberta. Był 1789 rok, szalała wielka rewolucja francuska, a mieszkańcy Liège postanowili zbuntować się przeciwko władzy biskupiej poprzez metodyczną przemianę dzieła architektury w skład materiałów budowlanych. Tu zbieram się na odwagę i zadaję pytanie, czy można być dumnym z bycia Walończykiem. Po raz kolejny słyszę słowa o byciu przede wszystkim Belgiem i Leodyjczykiem. Ale źródłem dumy może być to, że na lekceważenie ze strony Francuzów odpowiada się tu humorem, że ludzie mają tu dystans do siebie, wyczucie absurdu. Oraz że pomimo ataków na francuskojęzyczną społeczność ze strony flamandzkiej skrajnej prawicy, nacjonalizm jest czymś, co nigdy nie znalazło posłuchu wśród mieszkańców regionu. Skrajna prawica, choć coraz silniejsza w całej Europie, nigdy nie zadomowi się w Walonii.
Nasz spacer powoli dobiega końca, kręcimy się w kółko po centrum, umawiamy na piwo za dwa tygodnie, bo wiem, że jest we mnie jeszcze tysiąc pytań, tylko nie potrafię ich jeszcze sformułować. Jest pora obiadowa, czas szybko rozejrzeć się za jakąś dobrą fritterie, bo większość zamyka się popołudniu i otwiera dopiero na kolację.
– Lepiej przejdźmy na drugą stronę. Wiem, że ten człowiek będzie mnie prosił o pieniądze.
– Możemy udać, że nie znamy francuskiego. Mi to pomaga, jak nie chcę być zaczepiana.
– Nie o to chodzi. Znamy się, ja zawsze coś mu daję. Ale nie mam przy sobie gotówki. I po co nam wszystkim taka przykra sytuacja?