VI. Cena sukcesu po walońsku albo zalety posiadania dużego nosa
B3 robi wrażenie.
Z powrotem w Outremeuse. Mini państwo w państwie, kawiarnie, tradycyjny teatr lalkowy, tabliczki z nazwami ulic po walońsku, murale, najfajniejszy antykwariat w mieście czyli L'enseigne du commissaire Maigret, bo Liège to miasto George’a Simenona, autora licznych książek o komisarzu Maigret. Wprawdzie nie należę do zagorzałych fanek kryminału, ale uwielbiam jego „Człowieka z Londynu”, napisanego z ciężarem codzienności i banalnością zbrodni jak z Dostojewskiego.
W mroku majaczy historyczna fasada hôpital de Bavière. Czerwona cegła dawnego najważniejszego ośrodka zdrowia w mieście, założonego w 1606 i działającego aż do roku 1980, kiedy jego funkcję przejął szpital uniwersytecki oraz ogromny kompleks wybudowany na cytadeli. Aller à Bavîre – mówiono (i być może jeszcze niektórzy mówią) w mieście, gdy chciało się powiedzieć „idę do szpitala”. Częściowo rozebrany, zniszczony przez powodzie w 2017 i 2021 roku, za oknami fasady rosną chaszcze i zieje pustka.
Kilkaset metrów dalej, nowoczesna bryła czegoś, co moglibyśmy nazwać hipermediateką. Litera B w nazwie ma nawiązywać do szpitala-widmo, cyfra 3 natomiast oznacza trzy zadania zawierające się w hasłach „odkrywać, kreować, przedsięwziąć” oraz wskazuje na to, że budynek ma pełnić funkcję tzw. trzeciego miejsca w przestrzeni publicznej (po domu i pracy). Oprócz zasobów bibliotecznych, filmów, muzyki, gier, dostępna jest również przestrzeń twórczości cyfrowej i nowych technologii, w pełni wyposażone nowoczesne studio muzyczne, studio rękodzieła i majsterkowania, przestrzenie do wspólnego spędzania czasu. Plus inkubator przedsiębiorczości, przeznaczony dla przemysłu kreatywnego – i to właśnie miejsce przyciągnęło mnie do tego molocha.
Gdyby język francuski używał deklinacji, innowacja byłaby tu słowem odmienianym przez wszystkie przypadki. Region, niegdyś bogaty dzięki przemysłowi ciężkiemu i wydobyciu surowców, wymyśla się na nowo. Poziom kształcenia inżynierów jest tu bardzo wysoki, koronnym tego przykładem są chociażby sukcesy Centrum Kosmicznego Liège. O artystach myśli się w podobnych kategoriach – również są przedsiębiorcami, którzy w ramach różnych systemów pozyskiwania środków poszukują przestrzeni dla realizowania swoich pomysłów.
Ja sama wciąż jeszcze czuję, że stawiam pierwsze kroki, próbując utrzymać się jako reżyserka i tłumaczka literatury (żeby nie użyć brzydkiego słowa artystka) i jako przedsiębiorczyni płacić wszystkie składki – trochę pisząc, trochę ucząc, co chwilę szukając nowych zajęć. I pewnie jestem naiwna w swoich ocenach, ale było to dla mnie ciekawe spotkanie.
Na kanapach usiedli inżynierowie, którzy podczas licznych konkursów i pitchingów właściwie uprawiają stand-up na temat swojego produktu, reżyserka filmowa, która między planami zdjęciowymi gra koncerty i nagrywa podcast oraz muzyk, który jest też agentem innych zespołów i grafikiem w reklamie. Mieli opowiadać o „cenie sukcesu” – udziale w konkursach, festiwalach i wszelkiego rodzaju nagrodach w przemyśle kreatywnym w Belgii i w Europie. Bardzo wiele ich łączyło – wszyscy mieli trochę szczęścia, ale też swoje przestoje, walki, trudne chwile. Gdzieś musieli się pozbyć poczucia żenady, świetnie się zorganizować, zadbać o komunikację, nie szukać zarobku w każdym wykonywanym geście, ale też ciągle się rozwijać, ponosić porażki i nie myśleć za dużo o tym, czy to, co robią, jest naprawdę dobre i ma sens. Zaufać sobie.
Wydaje mi się, że w Polsce jesteśmy jeszcze w stanie przejściowym między starymi a nowymi modelami funkcjonowania artystów. Zmiany dzieją się w bólach i bardzo ślamazarnie. I nie jest to wcale proste przejście między systemem socjalistycznym a wolnym rynkiem. Poza tym każdy z nas ma jakąś bardzo indywidualną ścieżkę, która jeszcze w dodatku prowadzi przez gąszcz zmian technologicznych, polityczne zawirowania, mody, różne stopnie wsparcia ze strony rodziny, mniejsze lub większe bezpieczeństwo. Dobrze było zajrzeć za kulisy pracy innych i posłuchać kilku rad, nawet jeśli na co dzień działamy w innych warunkach.
Po dyskusji zostaliśmy zaproszeni na networking – przy jedzeniu i napojach. Przyspieszony kurs pozbycia się żenady. Jak zrobić dobre wrażenie łamanym francuskim? Co ja tu właściwie robię? Wir towarzystwa wypluł mnie ostatecznie przy przedstawicielach prowincji, wymieniliśmy się wizytówkami, umówiliśmy na jakieś maile. Chciałabym wrócić, chciałabym robić teatr o śmierci walońskiego, pracować z młodymi ludźmi, bo to pokolenie ich rodziców zatrzymało transfer językowy – żeby jeszcze spytali dziadków, zastanowili się, czy to dla nich w ogóle ważne. Jestem na półmetku pobytu, ale tak, z pewnością jeszcze przyjadę, nawet prywatnie, tylko dobrze by było coś przygotować, mieć jakieś środki.
Wychodzę po jednym piwie, bo rano trzeba wstać i biec na kolejne spotkania. Czeka mnie rozmowa o systemie edukacji w Federacji Wallonie-Bruxelles (zwanej też Francuską Wspólnotą Belgii, ale to okropnie durna nazwa). Powrót do domu może być skomplikowany, szlag wie, czym zaskoczy mnie dziś moja ukochana komunikacja miejska le TEC. W dzień wróciłabym na piechotę, ale najkrótsza droga jest przez kładkę nad torami kolejowymi i lasek, alternatywa to pół godziny przez średnio bezpieczną dzielnicę.
Jestem wprawdzie pełna energii, bo pali się we mnie nadzieja na publiczne pieniądze dla moich działań, ale wybieram autobus, żeby jak najbardziej skrócić nocne spacery. Autobus 24, który zawiózłby mnie praktycznie pod dom, nie przyjeżdża. Stoję na przystanku razem z dziadkiem o emploi żula, który bardzo chce zagadać, więc wlepiam wzrok w telefon i przyjmuję najbardziej niedostępny wyraz twarzy jaki tylko mam w arsenale. Pojawia się kolejny facet, młodszy, z siatami zakupów. Czekam na 4, trochę dalej do domu, ale jeszcze znośnie. Po ulicy mkną ludzie na rowerach i elektrycznych hulajnogach, a ja przestępuję z nogi na nogę w rytm dźwięku rolki zmieniającej reklamę w citylighcie. Temperatura gwałtownie spada.
Wreszcie podjeżdża 24. Facet z siatami wstaje z ławki i odchodzi. Dziwne. Wsiadamy do autobusu z dziadkiem.
– Widziała go pani? To skurwiel. Lepiej niech pani uważa. Tu jest dużo skurwieli.
W autobusie nie ma komunikatów ani wyświetlacza. Wszystkie przystanki są na żądanie. Gapię się na mapkę w aplikacji le TEC – GPS laguje, przystanki nie są zaznaczone na mapie, trochę zgaduję, kiedy wcisnąć przycisk stop. Wysiadam w dobrym miejscu, jest ciemno. Chcę przejść przez ulicę, patrzę na nadjeżdżający samochód. Wrzuca kierunkowskaz – ok, mogę iść, ale szybko, za nim jedzie kolejne auto.
Robię krok. Lecę. Ręce w kieszeniach, bo zimno. Uderzam twarzą w asfalt.
Instytut Transportu Samochodowego podawał we wrześniu, że od początku roku do końca lipca w Polsce miało miejsce 422 wypadków z udziałem e-hulajnóg. Był to zasadniczy wzrost w porównaniu z latami 2022-2023, gdy takich wypadków było około 1000 (zginęło 8 osób, 1100 odniosło obrażenie).
Trzy hulajnogi, zaparkowane poniżej krawężnika przy ulicy. Widziałam kątem oka dwie. Nie zauważyłam tej tuż przede mną i niewystarczająco uniosłam stopę robiąc krok.
Wstaję, wokół mnie pojawiają się ludzie.
– Wszystko w porządku? Wpadła pani w jabłka?
– Co?
To frazeologizm, tomber dans les pommes znaczy zemdleć. Znam go, uczyłam się. Wszystko jest ok. Otrzepię się i pójdę. Z nosa zaczyna walić mi krew. Dużo krwi. Bardzo dużo krwi, spływa mi do gardła. Szlag.
Zatrzymują się samochody, panowie z pobliskiego sklepiku przynoszą mi krzesło. Jedna kobieta bardzo przeprasza, ale nie może zostać, musi jechać, czeka na nią w domu dziecko. Rodzina z dziesięcioletnim synem dzwoni po karetkę. Właściwie to nic mnie nie boli, trochę kolano i łokieć. No i ta krew.
– Naprawdę ostro pani przyrżnęła, widziałem. Nie kręci się pani w głowie? Chce się pani wymiotować? Proszę wziąć chusteczkę.
Nie pierwszy raz odstawiam taki cyrk na ulicy, jakąś dekadę temu faktycznie „wpadłam w jabłka” po kilku godzinach w muzeum Guggenheima, bo w amoku obcowania ze sztuką zapomniałam, że jestem na południu Europy i nie mogę żyć tu z polskim trybem przyjmowania płynów „herbatka do śniadania, szklanka wody do obiadu, herbatka do kolacji”. Wtedy też pomogli mi przypadkowi ludzie i pamiętam, że bardzo mnie to wzruszyło.
Karetka podjechała w dziesięć minut, zziębnięta rodzina zapakowała się do auta przy akompaniamencie moich szczerych wyrazów wdzięczności. Jedziemy do Hôpital de la Citadelle. Teraz będę mogła mówić, że wjechałam na cytadelę tak samo jak hrabia Ostaszewski-Barański, tyle że on to zrobił dorożką, a ja karetką.
Podejrzewam, że w wielu innych krajach (w tym w Polsce) teraz rozpoczęłaby się prawdziwa opowieść grozy. Ale jesteśmy w Belgii. Tu wiele rzeczy nie działa, ale służba zdrowia jest bardzo dobra. I bardzo ludzka. Po odrobinie czekania przyjął mnie lekarz pogotowia, który bez wykonywania rentgena postawił diagnozę – tak naprawdę wystarczyło, że dotknął nasady mojego nosa, a usłyszeć można było charakterystyczne chrupnięcie. Złamany. Innych obrażeń brak, oprócz sińca na obitym kolanie. Nos skutecznie zamortyzował upadek – zawsze się przejmowałam, że jest za duży, a tu proszę, jak znalazł. I nawet się nie wykrzywił, ale zostałam poinformowana, że jeśli się przemieści, mam przyjechać z powrotem na pogotowie. Mają tu dobrych specjalistów od prostowania nosów.
Jestem na półmetku mojego pobytu w Liège. W schemacie narracyjnym monomitu, słynnej „podróży bohatera”, jest to moment największej trudności, czeluści, z której bohater wychodzi odrodzony, odmieniony. Rzeczywiście, od teraz będę badać śmierć języka walońskiego z rozkwaszonym nosem. Teraz to ja mam emploi żula, co rokuje znakomicie na rozmowy o przyszłości tego projektu.
Jestem w domu dwie i pół godziny od momentu upadku. To chyba mój życiowy rekord jeżeli chodzi o wizyty na pogotowiu. Szybko przepieram zakrwawioną kurtkę i chustę, bo potrzebuję ich na rano, powinny wyschnąć na kaloryferze. Trzeba będzie jeszcze zmyć plamy z butów, resztę wrzuci się do pralki. Teraz kilka godzin snu i można zacząć kolejny dzień. Zaczyna padać śnieg.