VII. I ty możesz mówić po (wschodnio)walońsku!
Litery w książkach spisane w obcych językach powoli zaczynają układać się w historie, słowa wypadające z ust ludzi rymują się w przeróżnych konfiguracjach. Kilometry w nogach zrobione po wzgórzach nie wytwarzają wystarczającego deficytu kalorycznego dla „małych” porcji frytek z sosem andaluzyjskim. Proces zakochiwania się w ołowianym niebie trwa. Jeszcze nie przyzwyczaiłam się do nagłych skoków ciśnienia atmosferycznego, charakterystycznych dla klimatu morskiego, choć w pobliskich Ardenach jest już zdecydowanie bardziej kontynentalnie. Za to orientuję się już gdzie co leży na półkach w supermarkecie, a śmieci wystawiam posegregowane na ulicę w niedzielę wieczorem. Wdech i wydech.
Co to właściwie jest język? Wracam do fascynacji z czasów studiów, przypominam sobie przyjemność płynącą z obserwowania podobieństw, różnic, struktur. Niematerialne dziedzictwo kulturowe. Środek do postrzegania świata, sposób funkcjonowania i obecności w nim. Za pomocą języka porządkujemy rzeczywistość – i często kompletnie nie zdajemy sobie z tego sprawy. Staje się to widoczne dopiero w momentach zetknięć z tymi innymi, obcymi.
Mam szczęście, że poruszam się po pięciu przestrzeniach językowych o zróżnicowanym stopniu siły. Jestem użytkownikiem kilku światów, rozproszonych na linii kruchości. Polskiego – w którym wyrosłam, z jego wszystkimi neurozami, pompą i wulgarnością, z jego godną podziwu ciągłością historyczną, języka-łobuza, języka-brutala z kompleksem męczennika. Angielskiego – wszechobecnego ojca-żywiciela, dzięki któremu nie jestem wykluczona z globalnej dyskusji, języka dogadywania się z Węgrem, Hindusem i Chilijczykiem, popkultury pochłanianej bez umiaru i opamiętania. Czeskiego, który sobie wybrałam – do kochania, studiowania, potem przekładu artystycznego, a nawet uczenia innych – który brzmi najpiękniej na świecie, i choć trzeba go było odbudowywać w XIX wieku, jest pewny siebie jak cholera. Słowackiego, który w jakimś sensie sam mnie sobie wybrał, i przyniósł mi miękkość, wielkie fascynacje teatralne i literackie – to słowacki nauczył mnie uważności na to, co ukryte, lęku o to, co zagrożone. Francuski jest najbardziej hermetyczny, zamknięty w sobie, równie bogaty i szczodry, co frustrujący i nielogiczny. Też brutal, w dodatku często grający z tobą w pięciowymiarowe szachy. Obietnica wiecznej gonitwy za znaczeniem. Zaczęłam uczyć się tego języka w dorosłości, żeby było śmieszniej – w Bratysławie. Nie mam potrzeby bycia częścią Francji, ale wiem, że nie dotrę nigdy do Walonii bez francuskiego. Daję sobie kilka lat, aby osiągnąć płynność, nie naciskam, cieszę się powoli upadającymi barierami, ćwiczę w sobie pokorę. Walonowie są na szczęście bardzo wyrozumiali, też dostają po głowie za swój francuski. Zarazem wiem, że jak już poczuję się komfortowo we francuskojęzycznym świecie, żeby doskonale osiągnąć stan belgijskiego rozdwojenia jaźni, będę musiała zabrać się za flamandzki. Zanim to jednak nastanie, chcę zrozumieć, dlaczego właściwie muszę uczyć się francuskiego.
Zacznijmy od tego, że nie ma jednego, standardowego języka walońskiego. Istnieją cztery: centralny (z administracyjnej stolicy regionu, czyli Namur, oraz okolic), wschodni (Liège i okolice), południowy zwany też walo-lotaryńskim oraz zachodni czyli walo-pikardyjski (Charleroi). Oprócz tego, w zachodniej części regionu mówi się po pikardyjsku, w południowej po lotaryńsku i nawet po szampańsku, na maleńkim skrawku ziemi. Języki te dzielone są z przygranicznymi regionami Francji. Ich zasięgi mniej więcej pokrywają się z historycznymi granicami księstw, biskupstw i innych niezależnych tworów administracyjnych i państwowych, które dawniej cieszyły się mniejszą lub większą autonomią. W ramach poszczególnych dialektów można też wskazać różnice pomiędzy konkretnymi wsiami - doskonale widać to na kartach wspominanego już atlasu Jeana Hausta. To bogactwo dialektologiczne jest kulturowym skarbem, ale też niemałą przeszkodą dla sensownej polityki lingwistycznej w kraju o tak bardzo złożonej sytuacji językowej, będącej niejednokrotnie źródłem napięć politycznych i społecznych.
Języki regionalne, w tym waloński, od zawsze używane były w mowie. W piśmie stosowano, a jakże, łacinę. I to właśnie wpierw łacinę zastąpiono francuskim – pisemna forma języka walońskiego została ustalona dopiero w roku 1900, kiedy to Jules Feller zaproponował spójny system transkrypcji. Francuski przyjął się jako język spraw urzędowych w miastach już w XVII wieku, natomiast łacina królowała na wsiach aż do końca wieku XIX. Brzmi to bardzo logicznie – tam, gdzie urząd, sąd i uniwersytet, tam przyjęto język potężnego sąsiada, usystematyzowany i łatwo zrozumiały. Tam, gdzie rytm życia wyznaczały dzwony kościelne – łacina. Zatem przez wieki ludzie, jeśli chcieli być piśmienni, musieli być dwujęzyczni.
Ta dwujęzyczność zaczęła zanikać w momencie, gdy edukacja w Belgii stała się powszechna i obowiązkowa (czyli w 1918 roku), ponieważ była to edukacja w języku francuskim. Jak w wielu miejscach na świecie, w szkole użycie regionalnych końcówek, słownictwa czy akcentu było tępione, karane, wyśmiewane. Stopniowo stało się powodem do wstydu w coraz większej ilości codziennych sytuacji.
Po drugiej wojnie światowej, gdy industrializacja nabrała tempa, zwiększyła się też mobilność społeczna. Nagle okazało się, że język, jakim posługiwano się w domu i w dwóch wsiach obok, nie jest użytecznym narzędziem w komunikacji 50 kilometrów dalej. Francuski stawał się coraz bardziej powszechny, pożądany, przydatny.
To trochę jak z architekturą miejską – dziś zachwycamy się pięknem kamienic, ale w latach ‘70 nasi rodzice i dziadkowie marzyli, aby przeprowadzić się do bloku, w którym nie będą musieli targać węgla z piwnicy na czwarte piętro, palić w piecu, korzystać z toalety dzielonej z sąsiadami. Żeby było czysto, ładnie i nowocześnie. Naturalnie wiemy, że można kamienice remontować, robić w nich centralne ogrzewanie i wykafelkować łazienki, ale nie zawsze było to postrzegane jako sensowne rozwiązanie.
Podejrzewam, że gdybym pojechała do Namur, tam też usłyszałabym „jestem Belgiem, mieszkańcem Namur, na trzecim miejscu Walonem”. Przy czym to ostatnie określenie często nie odnosi się wcale do języka czy historycznego regionu. W przeszłości istniejące na tych terenach autonomiczne mikropaństewka zaciekle ze sobą konkurowały, stąd powszechna jest tu spora doza indywidualizmu. To, co obecnie łączy mieszkańca dawnego Biskupstwa Liège, Hrabstwa Namur i Księstwa Brabancji, to bycie Belgiem. To, co sprawia, że pierwsi dwaj są Walonami, to bycie nie-Flamandami. Słyszałam z ust jednego z moich rozmówców, że Belgia równie dobrze mogłaby być podzielona na Flandrię i Nie-Flandrię. Tak jakby coś takiego jak Walonia nie istniało, co jest całkiem zabawne w kontekście już memicznego zawołania Belgium doesn't exist.
Zbija mnie to z tropu. Rozwój edukacji, który w demokratycznym i wolnym państwie doprowadza do zdławienia lokalnego języka. Nieuchwytna tożsamość regionu. Dlaczego utworzenie standardowego języka i uczynienie go urzędowym udało się na przykład w Słowacji, ale nie udało się tutaj? Są i zawsze byli tu aktywiści, literaci, lingwiści – wykształceni i wrażliwi ludzie. Poza tym, język ojczysty nie jest czymś, czego tak łatwo można się pozbyć, nie w momencie, gdy stoi za nim działalność literacka i teatralna, jak chociażby miało to miejsce w Liège. Ale dla wielu krytyków leodyjski waloński ma za dużo naleciałości germańskich, aby stać się dominujący. A zatem może najsprawiedliwiej byłoby wziąć mapę i wybrać dialekt z centralnie położonej wsi? Nie – przecież nie ma żadnych zabytków literackich w tym języku. Jak mielibyśmy go uczyć w szkołach? No to nie ma rady, trzeba usiąść i stworzyć standardowy waloński, który na nowo mógłby stać się narzędziem komunikacji w regionie. Wziąć po trochu z każdego dialektu, napisać słownik, gramatykę opisową... Tylko po co komu taki potwór Frankensteina?
Odnoszę wrażenie, że kręcę się w kółko. Nie ma jednego języka, więc nie ma jednej kultury, zatem nie ma budowania wspólnoty, czyli nie ma z czego budować tożsamości, no to właściwie po co rezygnować z tego, jak się mówi u nas we wsi na rzecz jakiegoś sztucznego tworu. Nie mówiąc o tym, że i tak wszyscy teraz muszą uczyć się angielskiego. Poza tym porządny obywatel Belgii powinien znać flamandzki, aby móc uczestniczyć w życiu całego kraju, aby nie zamykać się w getcie frankofonii. No i nie zapominajmy o niemieckim, on też jest oficjalnym językiem urzędowym Belgii!
Biorę głęboki wdech. Muszę jeszcze pogrzebać w historii, przyjrzeć się współczesnym i historycznym działaniom aktywistów, prześledzić działania edukacji, polityki kulturalnej. Nie mówiąc już o historii literatury czy teatrze – lalkowym i dramatycznym, zarówno tym w językach regionalnych jak i po francusku. Wydech.
Najpierw sam język.
Który waloński mam wybrać? Leodyjski, nauralnie. Ten, który ma najmocniejsze zaplecze kultury wysokiej. Jego germanizmy mnie nie odstręczają, wręcz uważam, że lepiej oddają charakter szerzej postrzeganego regionu na romańsko-germańskim pograniczu . Jeszcze zanim tu przyjechałam, natrafiłam w internecie na kurs, który niewiele mi wyjaśnił jeżeli chodzi o gramatykę, ale metodą „powtarzaj jak małpka” dał mi szansę zapoznać się z kilkunastoma podstawowymi zwrotami. Niezbyt serio potraktowałam tę stronę, raczej tylko klikałam między sformułowaniami dla przyjemności obcowania z dźwiękami mowy. Spytałam Baptiste’a Frankineta, mojego przewodnika w tym projekcie, aktywistę, lingwistę i szefa biblioteki w Muzeum Życia Walońskiego, czy ten kurs jest czegokolwiek wart. Chciałam być nonszalancka, żeby nie było, że wierzę w każde internetowe klikadło, co to równie dobrze mogło być wygenerowane przez jakiś algorytm. Ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałam się, że mam do czynienia ze współautorem tego kursu i że to jego głos można usłyszeć w części nagrań. No i że jest to faktycznie kurs leodyjskiego czyli wschodniowalońskiego.
To dobry punkt wyjścia. Kolejnym są książeczki „Qué novèle? Apprendre le wallon liégeois" , ale nie są one łatwym źródłem, bo stworzono je z myślą o francuskojęzycznych Belgach. Do tej pory powstały dwa tomy – wymowa oraz historia języka i kultury. Wiem, że Baptiste w tym momencie pracuje nad trzecim tomem, poświęconym koniugacji. Ze źródeł dostępnych online muszę też wymienić słowniki francusko-leodyjskie. Być może ktoś z was będzie chciał mi potowarzyszyć w nauce - chętnie podzielę się materiałami, możemy nawet stworzyć polską sekcję nauki wschodniowalońskiego.
Nie będzie lekko, nie spodziewam się szybkiego osiągnięcia jakiegoś fantastycznego poziomu. Być może będzie to najbardziej bezużyteczna rzecz jaką można zrobić w życiu. Takie skoki na główkę są trudne, bo chociaż żyjemy w czasach brainrotu i doomscrollingu, potwornie boimy się porażki, bezużyteczności działań, ślepych uliczek.
Ale czego nie robi się z miłości.