VIII. Walońskie przebudzenie w oparach kofeiny

 – Dziemdobri! – dobiega do mnie z poziomu metr dwadzieścia od podłogi. Kotłowanina małych ciałek ściągających szaliki, czapki, kurtki. Jest południe, ale przez okna wpada tylko niewielka ilość burego światła. Nie było dzwonka. Dzieci rozbierają się w sposób wysoce nieefektywny, zagadują, wyciągają bidony i piją, przewieszają tornistry, pokazują sobie coś nawzajem w zeszytach, zapominają zdjąć grube swetry i muszą się wracać. Pani nauczycielka patrzy na nie bez słowa. My też stoimy w milczeniu. Fala powoli się uspokaja i przelewa do pomarańczowej, świetlistej klasy.

Kilka minut temu siedzieliśmy w przestronnym pokoju nauczycielskim, pijąc już trzecią kawę tego dnia. Jacques Warnier opowiadał, jak w ramach lekcji kultury walońskiej robi z dziećmi kanapki stron d’poye (czyli „kurze gówno”) z tradycyjnym białym serem makêye i gęstą konfiturą jabłkową Sirop de Liège. Nawet jeśli ma do czynienia z niejadkami, umowa jest taka, że dzieci muszą odrobinkę spróbować. On sam nie znosi białego sera, wie o tym dobrze i próbować nie musi, więc zawsze robi jedną kanapkę mniej i tę swoją ceremonialnie oddaje wychowawcy klasy.

Nagle drzwi delikatnie się uchyliły i pojawiły się w nich dwa łepki, informujące Jacques’a, że ma dopić kawę i iść z nimi, bo już na niego czekają.

– Ja wiedziałem, że tak będzie i zawczasu ją wypiłem! – Jacques pokazuje dno papierowego kubka rozchichotanym maluchom. Pierwsze dwie czarne tego dnia wlaliśmy w siebie w biurze stowarzyszenia C.R.I.W.E. (Centre de Recherche et d'Information du Wallon à l'Ecole), zajmującego się działaniami edukacyjnymi w języku walońskim.

Jacques ma w sobie iskrę. Wieloletni pedagog nauczania początkowego (które tu obejmuje aż sześć pierwszych klas), potem dyrektor szkoły, kurator oświaty w mieście Liège, współtwórca programów w języku walońskim dla publicznego radia i telewizji. Opowiada mi o swoich pierwszych krokach w teatrze w latach osiemdziesiątych – najpierw studenckim, zaangażowanym i francuskojęzycznym, potem granym po walońsku, gdzie nie tylko występował na scenie, ale też pisał i reżyserował. Widać, że to człowiek sceny. Jego energia, magnetyzm, wrażliwość i inteligencja natychmiast oczarowują dzieci. Spora część tego fenomenu musi być napędzana kofeiną.

– Dżem dobre! Do you speak English? Parlez-vous français?

Trochę się czerwienię. Już samo zaproszenie do klasy, aby poobserwować autorską lekcję Jacques’a, było dla mnie miłą niespodzianką. Ale kompletnie rozbroiło mnie to, że Catherine, wychowawczyni „Wiewiórek”, od tygodnia powtarza z dziećmi przywitanie po polsku, specjalnie z okazji mojej wizyty. Jesteśmy w szkole publicznej, miejskiej, ale nauczającej według metod Célestina Freineta. Tu nikt nie przekrzykuje się z dziećmi, w momencie gdy harmider staje się zbyt uciążliwy, Jacques milknie, przykłada palec do ust i czeka. Opowiada mi potem, że ta metoda pedagogiczna zrobiła na nim ogromne wrażenie, gdy pierwszy raz zobaczył lekcję prowadzoną szeptem. Dziś będziemy uczyć się piosenek, na melodię i podobieństwo znanych francuskich dziecięcych hitów, zatem nowym elementem dla dzieci będzie tylko język – podobny, delikatnie przesunięty w stosunku do francuskiego. Niektóre słowa brzmią niemal identycznie, czasem inne są końcówki, wymowa. Znam to z języków słowiańskich. Piosenki śpiewane są półgłosem. Tièsse, sipales, èt gngnos èt pîds versus tête, épaules, genoux et pieds. 

„Belgia jest państwem federalnym składającym się ze wspólnot i regionów” – głosi konstytucja. Podział administracyjny kraju to prawdziwa łamigłówka i koronny przykład sztuki kompromisu oraz dążenia do sprawiedliwego rozwiązywania napięć społecznych. Zacytowany zapis pochodzi z 1970, gdy oprócz podziału na regiony (Flandria, Walonia i Bruksela), Belgia rozdzielona została też na wspólnoty – flamandzką, francuską i niemieckojęzyczną. Oprócz tego kraj obejmuje cztery regiony językowe: region języka francuskiego, region języka niderlandzkiego, dwujęzyczny region stołeczny Brukseli i region języka niemieckiego. Tyle mówi nam konstytucja. Za edukację w Walonii odpowiedzialna jest „Francuska Wspólnota Belgii”, która w 2011 roku zmieniła nazwę na Federację Walonia-Bruksela (FW-B) – w końcu wspólnoty tej nie tworzą Francuzi, tylko francuskojęzyczni Walonowie oraz Brukselczycy. Flandria jednak nie akceptuje tej nazwy, ponieważ w konstytucji nie ma mowy o żadnych federacjach, tylko o wspólnotach. Krytycy ewidentnie zostali wzięci na przeczekanie, impas pozostaje impasem, nikt nie rusza się z miejsca, obie nazwy pozostają w użyciu. Ja będę trzymać się Federacji Walonia-Bruksela (FW-B), również ze względu na to, że cała komunikacja urzędu z obywatelami – logo, strona internetowa, wszystkie dokumenty – właśnie nią się posługuje. No i jak już wspominałam, „Francuska Wspólnota Belgii” jest określeniem bardzo mylącym. 50 tysięcy niemieckojęzycznych Belgów nie chciałoby być nazywanymi Niemcami, a Walonowie, nawet jeśli nie są do końca pewni, kim są, z pewnością nie są Francuzami.

Musimy pamiętać, że w kwestiach edukacji i kultury decydują sami francuskojęzyczni Belgowie, bez politycznych nacisków i przepychanek z Flandrią, właśnie za pośrednictwem FW-B. Ale nauka walońskiego nie jest i nigdy nie była obowiązkową częścią edukacji. Dopiero w 1983 roku jego użycie w szkołach przestało być karane – czasem mógł przydać się nauczycielom do wskazywania analogii z językiem francuskim, co ułatwiało naukę ortografii – tak jak kiedyś uczono w Polsce pisowni „H”, wskazując podobne rosyjskie słowa, w których występowało „Г” ( czyli „g”).

W 2020 roku w programie nauczania przedszkoli i pierwszych dwóch klas podstawówek pojawił się nowy przedmiot – L’éveil aux langues – dosłownie „językowe przebudzenie”, czy też „oświecenie”, czyli uważność na inne języki, uświadamianie sobie ich istnienia. Na nauczycieli padł blady strach, że będą musieli zacząć produkować się w językach obcych – po angielsku, albo nie daj boże flamandzku. Szybko jednak część z nich stwierdziła, że mogliby zaprezentować dzieciom dialekt, bo pamiętają kilka słów i wyrażeń. Przecież to nie jest tak trudne jak zupełnie obcy język! Choć w założeniu programu chodzi raczej o to, aby raz w tygodniu puścić dzieciom piosenkę po chińsku albo nauczyć je mówić „dzień dobry” i pokazać na mapie, gdzie leży Polska, kiepska komunikacja ze strony wydziału edukacyjnego FW-B oraz ogólne pandemiczne zamieszanie doprowadziły do paradoksalnej sytuacji, w której trochę oddolnie, nieśmiało i z powodu lęku, w szkołach pojawił się waloński.

– Ktoś mógłby pomyśleć, że promocja tradycyjnej kultury mogłaby być czymś konserwatywnym, zamkniętym. – Jacques tłumaczył mi przy kawie numer jeden, pitej jeszcze pod regałami wypełnionymi archiwaliami aktywizmu walońskiego. Przeglądaliśmy materiały, które przygotowuje również z myślą o innych nauczycielach. – Ale wcale tak nie jest. Wiele dzieci w klasach, do których przychodzę, jest z imigranckich rodzin. W ogóle ich to nie wyklucza z zajęć. Przynoszę ze sobą marionetki, żeby pokazać leodyjski teatr lalek: Tchantchèsa, jego żonę Nanesse, i inne postaci. Te marionetki przecież przywieźli do Liège włoscy imigranci w XIX wieku. I stały się nasze. Zawsze tarabanię się z wielkimi siatami do szkoły, a koledzy pytają, jak to jest, że jeszcze mi się chce.

Nie wiadomo, czy znalazłoby się dla niego miejsce w trakcie lekcji, gdyby nie jeden istotny dokument. W 1990 roku Wspólnota Francuska (czyli obecne FW-B) wydała dekret, który uznał rdzenne języki regionalne za kulturowe dziedzictwo wspólnoty. Języki te są „rdzenne” w odróżnieniu od języków napływowych w związku z imigracją, jak np. włoski czy arabski. Dekret stworzył obowiązek wspierania badań naukowych oraz użycia języków regionalnych, zarówno jako środków komunikacyjnych jak i środków ekspresji twórczej. Brzmi to wspaniale, ale w tym momencie kłania się nam głębokie belgijskie poczucie sprawiedliwości, zakłada nam nelsona i powala na glebę – rdzennych języków regionalnych jest siedem. Luksemburski, limburski, brukselski brabancki, szampański, lotaryński, pikardyjski oraz waloński. Tak, jeden waloński, choć wiemy, że tak naprawdę są cztery.

Nie istnieje coś takiego jak nieskończone środki publiczne, nawet w mitycznej, opływającej bogactwem i luksusami Europie Zachodniej. Warto rzucić okiem na mapę występowania tych języków, żeby zobaczyć, jak ogromne są dysproporcje w ich użytkowaniu. Ponadto wiemy też, że większość z nich nie miała takiej kulturotwórczej siły jak waloński. Ale jest sprawiedliwie. Wszystkim równo, wszystkim gówno.

Julienowi Noёlowi z Wydziału ds. Rdzennych Języków Regionalnych (Service des Langues régionales endogès) udało się stworzyć schemat, w którym placówki edukacyjne zapraszają do klas specjalistów z warsztatami dotyczącymi danego języka i kultury. Właściwie każda szkoła może zaprosić do siebie Jacques’a. Przed laty jego działania ograniczały się tylko do miasta, teraz, skoro pieniądze idą z poziomu „rządu”, okienko możliwości odrobinę się powiększyło.

W gabinecie dyrektora wlewamy w siebie czwartą kawę (moją piątą tego dnia, bo jeszcze przecież było śniadanie). Szkoła była niedawno wyremontowana, mieści się częściowo w zabytkowym budynku, do którego dobudowano estetyczne moduły. Teraz największym wyzwaniem będzie znalezienie odpowiedniej ilości nauczycieli flamandzkiego, który wkrótce stanie się w Walonii obowiązkowy jako język obcy. To też sprawiedliwa decyzja, bo francuski od dawna jest obowiązkowy w szkołach na północy. Rzecz w tym, że Walonia swoim nauczycielom płaci mniej i niewielu Flamandów chętnych jest do przeprowadzki. 

Kwestie językowe nie przestają być palące nawet na chwilę. Kiedyś myślałam naiwnie, że Belgia to właściwie taka zachodnia i współczesna Czechosłowacja – są tu wyraźnie dwa narody oddzielone granicą językową, ale przecież ich historia nie jest tak nienawistna i krwawa, aby nie mogły ze sobą w spokoju koegzystować. Niemniej jednak każdy aspekt życia po obu stronach zdaje się generować mniejsze lub większe trudności, które rozwiązywane są często za pomocą wielopoziomowych konstrukcji prawno-administracyjnych, powstających w dobrej wierze, lecz potykających się o drobiazgi.

– Bondjoû! Èst-ce ki voz-alez bin? Czy macie się dobrze?
– Taaaaaaak!
– Po walońsku to będzie „awè”. Jakbyście chcieli powiedzieć nie, to jest „neni”. Ale przecież czujecie się dobrze... Zapomnijcie, że to powiedziałem! Dobra. Zaczniemy jeszcze raz. Uwaga! Wchodzę do klasy. Mówię Bondjoû!
– Bondjoû!!!
– Zatrzymuję się. Patrzę na was. Uśmiecham się. Pytam: „Èst-ce ki voz-alez bin?”
– Taaaaaaaak!
– Nie, nie, nie... Awè!
– Awèèèèèèè!
– No dobrze, jeszcze raz. Uwaga! Wchodzę do klasy. Mówię Bondjoû!
– AwèBondjoû!
– Nie... poczekajcie. Uwaga. Jeszcze raz. Wchodzę do klasy. Mówię Bondjoû!
– Bondjoû...
– Zatrzymuję się. Patrzę na was. Uśmiecham się. Pytam: „Èst-ce ki voz-alez bin?”
– Awè!

Previous
Previous

IX. Teatra Leodyjskie. Krajobrazy i królicze nory

Next
Next

VII. I ty możesz mówić po (wschodnio)walońsku!