IX. Teatra Leodyjskie. Krajobrazy i królicze nory
Jest taki kraj, którego powstanie zapoczątkował teatr, a dokładniej mówiąc przedstawienie operowe. I jest nim Belgia.
„Niema z Portici” (La muette de Portici), z muzyką Daniela Aubera oraz librettem Eugène’a Scribe’a i Germaina Delavigne’a, zapisała się też w historii muzyki jako najwcześniejsza francuska Grand Opera. Opowiada historię trójkąta miłosnego na tle powstania w Neapolu w 1674 roku. Dwa lata po paryskiej premierze została zaprezentowana w Brukseli. Podczas duetu „Amour sacre de la patrie” publiczność nie mogła powstrzymać entuzjazmu, okrzyk „Aux armes” doprowadził wszystkich do białej gorączki. Piąty akt został przerwany i rozentuzjazmowany tłum wytoczył się na ulice Brukseli, aby domagać się wolności spod ucisku Wilhelma VI, króla Zjednoczonych Niderlandów. Oczywiście to mówi legenda, prawda historyczna jest odrobinę bardziej złożona, ale nie jest to zły mit założycielski.
W 2011 roku brukselska Opéra royal de la Monnaie miała ponownie wystawić dzieło Aubera, przygotowywane w koprodukcji z paryską Operą Komiczną, ale ostatecznie z prezentacji spektaklu zrezygnowano. Od dziesięciu miesięcy kraj nie miał rządu, widmo rozpadu krążyło nad Flandrią i Nie-Flandrią, a dyrektor opery został poproszony przez władze o niedrażnienie społeczeństwa, bo kontekst historyczny utworu mógłby zostać odczytany jako promocja neo-unitaryzmu. W kwietniu dziennikarz Baptiste Hupin wyzłośliwiał się w publicznych mediach: „Że też opera, której główna bohaterka jest niemową, bez przerwy wywołuje polemikę w kraju konfliktów lingwistycznych.” Umowa koalicyjna podpisana została dopiero po 541 dniach, premierem został waloński socjalista, syn włoskich imigrantów i pierwszy zadeklarowany gej pełniący funkcję głowy państwa w czasach nowożytnych, Elio di Rupio. Kryzys polityczny nie wpłynął negatywnie na rozwój gospodarczy kraju, wręcz zanotowano wzrost produktu krajowego brutto. Na Aubera jednak trzeba było jechać do Paryża, o co też możnaby się obrazić, interpretując całą sprawę jako gest tzw. ratachizmu, czyli idei przyłączenia Walonii do Francji.
To było oczywiste, że będę węszyć za teatrem. Kwestie lingwistyczne, historyczne, literackie – one wszystkie są ważne, ale teatr od dekady jest dla mnie poletkiem zbiorczym, miejscem intelektualnych przygód i emocjonalnych opracowań tematów. Błąkam się po jego krajobrazach w poszukiwaniu sensów i prawdy. Tyle że czasem wpadam w królicze nory.
Nie dotarłam do Opery Królewskiej w Liège. Nie przekroczyłam jej progów, nie zobaczyłam ani jednego przedstawienia, nie zbadałam historii i struktury funkcjonowania tego miejsca. Jedna z wielu rzeczy, które sprawiają, że będę opuszczać to miasto w niedosycie. Ale to chyba dobrze rokuje na naszą przyszłość.
Miałam za to w ręku coś szczególnego. Wśród zbiorów biblioteki Muzeum Życia Walońskiego, otoczona regałami skarbów, mogłam wziąć w dłoń drobne książeczki z 1810 roku – kieszonkowe wydania librett w języku walońskim. XVIII i XIX wiek stanowił okres rozkwitu opery w Liège. Powinien je zobaczyć każdy, kto twierdzi, że waloński to wyłącznie język wsi i kultury ludowej. Zaraz po pierwszym tekście wydrukowanym w tym języku, antykalwińskim sonecie z 1622 roku.
Żywioł teatru nigdy tu nie zaniknął, i to po obu stronach granicy językowej. Zastanawiałam się nawet, czy znane głównie z teatru ruchu belgijskie sztuki performatywne specjalnie nie sięgają po ciało jako nośnik treści, uwalniając się od przykrych kwestii języka, który nigdy nie jest wystarczająco sprawiedliwy jak na tutejsze standardy. Najbardziej znanymi w Polsce belgijskimi twórcami są egotyk, rzeźbiarz i potwór teatralny Jan Fabre oraz subtelniejszy jogin Luc Perceval, który oczarował ostatnio krakowską publiczność swoją interpretacją rodzinnych toksyn Eugena O’Neilla. Ale teatr siedzi głęboko w tkance społecznej nie tylko w sztuce wysokiej. Miejscowe tradycje karnawałowe zasługują na osobny rozdział i dłuższą pogadankę. Każda szkoła, podstawowa czy średnia, wystawia przedstawienia, uniwersytety mają swoje trupy, teatr amatorski kwitnie na wsi. Ten rodzaj ekspresji ewidentnie przynosi jakiegoś rodzaju naturalną ulgę i spełnienie, i to po obu stronach rampy, bo teatr też jest tu rozrywką obleganą. Ludzie chcą być na scenie. Chcą mówić, śmiać się, śpiewać, ruszać się, być widzianym – w ramach umowy społecznej, w której jest to akceptowane. Nikt nie może wtedy ich uciszyć, bo będąc na scenie, są w prawie, by istnieć. Chcą w tej wolności uczestniczyć.
Po świetlicach walońskich wsi spotykają się grupy entuzjastów. Warto też zaznaczyć, że to miasta są tu ośrodkami biedy, na wsiach często panuje senne i w miarę dostatnie życie. Inicjatywy są oddolne. Reżyseruje sąsiad, często też pisze lub adaptuje tekst. Zazwyczaj są to komedie, farsy – coś wesołego, aby czas miło płynął podczas prób i pokazów. Okazja, aby się spotkać. Czasem sprzedawane są sąsiadom bilety, organizowane są loterie lub kolacje, podczas których zbierane są środki na jakieś podstawowe rekwizyty. Co łaska, bez stresu. Takich zespołów w samej prowincji leodyjskiej jest około 20,w regionie prawdopodobnie ich liczba zbliża się do setki. Co roku, w okolicy kwietnia, organizowany jest dla nich mały festiwal, gdzie mogą zaprezentować swoją działalność. Zgłasza się tylko połowa istniejących trup teatralnych, bo pomimo gwarantowanych nagród finansowych dla każdego zespołu, niektórzy po prostu nie chcą być oceniani i porównywani, bo teatr to dla nich odpoczynek, zabawa. Ponadto nie mają pewności co do precyzji swojego walońskiego, a w każdej wsi przecież mówi się inaczej. Co innego zagrać dla sąsiadów, pośmiać się, napić piwa i zjeść razem kolację, co innego prezentować się na scenie Teatru Trianon w Liège.
Tu kiedyś było kino. Widownia na 450 osób wypełniona jest fotelami o czerwonych obiciach, na szczycie każdego z nich mała tabliczka z numerem siedzenia i wyrytym kogucikiem, symbolem regionu. Ściany białe, przybrudzone, wokół drzwi na salę i kaloryferów czerwone łuki, odcinające się na tle szarej wykładziny. Niski i ciężki balkon, na którym ustawiono konsole oświetleniowców i akustyków. Za ich plecami śliwkowy fiolet. Scena pudełkowa, na wysokim podwyższeniu, co sprawia, że widownia obserwuje spektakl z perspektywy żaby. Scenografia do farsy – wycinek wnętrza w stylu lat siedemdziesiątych, jaki króluje na wielu scenach Europy. Spoglądam w górę – imponujący park oświetleniowy. Pytam, czy aktorzy grają omikroportowani, bo akustyka tej przestrzeni musi być równie do kitu, co kontakt publiczności ze światem spektaklu. Technik wskazuje na wiszące między czarnymi fartuchami mikrofony pojemnościowe. Trudno mi to sobie wyobrazić, akustycy w polskich teatrach zawsze przekonują, że to nie działa jako wzmocnienie słyszalności aktora. Nie dane będzie mi przekonać się na własnej skórze – może kiedyś zdecyduję się na ten sport ekstremalny, może jak będę trochę lepiej znała język. Ponoć te komedie naprawdę bywają zabawne.
Teatr Trianon jest tworem przejściowym, między amatorskim teatrem robionym w ramach wolnego czasu, a profesjonalną sceną. Zaglądam na afisze, przygotowane w wordzie, ilustrowane karykaturami jakich nie powstydziłaby się przysłowiowa ciotka z fejsa, wstawiając je między minionki i życzenia smacznej kawusi. Wiele z nich to adaptacje czy też nieprecyzyjne przekłady współczesnych francuskich fars. Dramaturgia w języku walońskim jest bardzo bogata, ale lepiej sprzedają się współczesne sztuki. To samo często dzieje się w zespołach w pełni amatorskich – oryginalną twórczość zastępuje się przeszczepami. Ale podczas gdy do zespołów amatorskich często dołączają też młodzi ludzie, namówieni przez członków rodziny, szukający sposobów na kontynuację zabawy w teatr po skończeniu szkół, w Trianon panuje zatęchła atmosfera. Publiczność się starzeje, a nowe pokolenia twórców nie dostają wystarczającej przestrzeni do działań. Budynek aż prosi się o remont.
Z tyłu widowni wielkie panele z ilustracjami przedstawiającymi Tchanchèsa i Nanesse, choć nie są to postaci, które można zobaczyć na scenie w tym miejscu. Klasyczny leodyjski teatr marionetkowy przybył do miasta wraz z włoskimi imigrantami w XIX wieku. Marionetki prowadzone są za pomocą sztywnego druta, zawieszonego na pętli – co z jednej strony nadaje im pewien luz podczas ruchu, ale też ogranicza możliwości animacyjne, w porównaniu ze sztywnym drutem czeskich marionetek, czy subtelnych lalek na sznurkach. Tchanchès to postać ludowa, robotnik w niebieskiej koszuli, kaszkiecie, sabotach, z czerwoną gawroszką. Pije pekèt, czyli miejscową jałowcówkę, jest odważny, zabawny i bohaterski. Przestał mówić po walońsku jakoś w latach ‘80, teraz wrzuca kilka słówek od czasu do czasu. Jest maskotką miasta, ma swoje muzeum i pomnik. Dzieci go kochają.
Przedstawienia z nim można zobaczyć w kilku miejscach. Jedną z takich scen założył Bouli Lanners, aktor i reżyser filmowy, który po wielu latach intensywnej kariery pełnej sukcesów powrócił do miasta, aby poświęcić się w pełni tej formie sztuki. To trochę tak, jakby Marek Kondrat po zakończeniu swojej kariery zamiast zajmować się winem, zainwestował w garaż koło dworca w Krakowie, aby wraz z małżonką wystawiać świątki kilka razy w miesiącu. Oczywiście nie bez znaczenia jest to, że Élise Ancion, partnerka Lannersa, również reżyserka, kostiumografka i twórczyni teatralna, pochodzi z rodziny o tradycjach lalkarskich.
Ja oglądam przygody Tchanchèsa na scence w Muzeum Życia Walońskiego. Akurat są Mikołajki, Król Szczurów kradnie laskę i płaszcz Sint Nicolaasa (nie mylić z Papa Noël), więc Tchanchès wybiera się do kanałów, aby je odzyskać. Klasyczne malowane horyzonty, ukryta animacja, na ścianach plakaty z lat pięćdziesiątych, czarno białe zdjęcia lalkarzy. Na widowni pełno, środa jest dniem wolnego popołudnia, który dzieci mają spędzić aktywnie z rodzicami lub po prostu odpoczywając od tysięcy zajęć pozalekcyjnych. Oprócz tego są też urodziny małego Jeana, bo przedstawienie z Tchanchèsem to dobra atrakcja dla solenizanta i zaproszonych gości. Wszyscy śpiewamy Joyeux anniversaire, Jean nawet zostaje poproszony o poradę, gdy bohaterowie przedstawienia są w kropce. Spektakl przypomina dziecięcą zabawę – bierzemy wszystkie zabawki, jakie mamy pod ręką i układamy historyjki, które zawsze kończą się sceną walki, czyli naparzaniem lalkami o siebie. Po przedstawieniu wychodzimy przez tył sceny i naszym oczom ukazuje się wspaniała kolekcja drewnianych marionetek, tuż obok jest warsztat z rozpracowaną postacią w imadle. Udaje mi się porozmawiać przez chwilę z Anthonym Ficarottą, który pisze scenariusze, gra (wspomagany przez dwie inne lalkarki, które sam przyuczył do zawodu), rzeźbi i naprawia marionetki. Oczywiście, wszystkiego nauczył go ojciec, po którym odziedziczył nawet umowę o pracę. Na pytanie, czy grywa też w innych miejscach, odpowiada że owszem, na innej scenie w jednej z dzielnic miasta. A za granicą? Jakieś festiwale?
– Nie... Tak! Byłem kiedyś na festiwalu w Rumunii. Ale Tchanchès ma sens tylko tu. To postać stąd, mówi o naszym życiu.
To, co pobrzmiewa w jego głosie, to nieśmiałość czy indywidualizm? Co miał dokładnie na myśli Bouli Lanners, gdy odbierając w Paryżu Cezara za swoje aktorstwo w 2023 powiedział ze sceny: „O kurwa, przecież ja jestem z Liège” (co zresztą zdążyło już wylądować na koszulkach).
Do Théâtre de Liège biegniemy z brzuchami wypełnionymi koreańskim bulionem i pierożkami mandu. Plan na wieczór wydawał się być precyzyjny – spektakl zaczyna się o 19.00, knajpę otwierają o 18.00. O szóstej wujaszek jeszcze dojadał swoją zupę, więc postanowiliśmy dać mu odrobinę prywatności. 18:05 przekroczyliśmy próg lokalu. 18:07 złożyliśmy zamówienie na dwie miski zupy z pierożkami, kimchi i makaronem. 18:10 wujaszek zaczął sypać mąkę na stolnicę, a mi serce podeszło do gardła.
Punkt 19.00 na scenę wchodzi Jadwiga Jankowska-Cieślak, jako pierwsza z serii wielu Elisabeth Costello. Spektakl Krzysztofa Warlikowskiego grany jest przez cały weekend, Théâtre de Liège jest jednym z koproducentów. Teatr Europy – tak określa się ta instytucja, umiejscowiona w przepięknie zrekonstruowanym budynku naprzeciwko gmachu uniwersytetu. Perfekcyjnie zsieciowana z wieloma ważnymi scenami na kontynencie, w Polsce z Teatrem Powszechnym i Teatrem Nowym. Miejsce prestiżowe, do którego bilety wyprzedają się na pniu, gdzie jest miejsce nie tylko dla teatru, ale też działań interdyscyplinarnych, festiwalu literackiego, dyskusji. Którego identyfikacja wizualna jest gustowna i nowoczesna. Ale jest to teatr bez stałego zespołu aktorskiego. Zupełnie inny model działania.
Jesteśmy na czas, my i chyba cała Polonia z Beneluksu, plus parę osób z Zagłębia Ruhry. Nie wiem, czy wszyscy są fanami Warlikowskiego, czy też chcą zobaczyć plejadę gwiazd w obsadzie spektaklu. Jesteśmy zahipnotyzowani przez cztery godziny, po czym idziemy jeszcze gadać przy piwie, bo parafrazując Filifionkę, właśnie zobaczyliśmy jakimi moglibyśmy być, jakimi pragnęlibyśmy być, choć nie mamy na to odwagi, i jakimi jesteśmy. Domagamy się wolności, ustanawiamy nowe państwa w swoich ciałach. Uczucie jest przyjemne, lekko kręci nam się w głowach. Uczymy się jeszcze raz działać w staro-nowych światach, a zapominanie musi nam przychodzić z taką samą łatwością, co przemieszczanie się po językach. Konstytucję napiszemy jutro.
Od miesiąca obserwuję krajobrazy. Zadaję naiwne pytania w różnych miejscach, zazwyczaj chowając się za wybranym aspektem swojej niewiedzy. Odnajduję się i gubię w odmętach teatru, mimo to rośnie we mnie przekonanie, że jest to właściwy sposób do opowiedzenia historii o umieraniu języka, o zatrzymaniu jego transferu w rodzinach, o politycznych przyczynach i skutkach, o upupiającej szkole i ortografii wycelowanej w brzuch. Zdaję sobie sprawę, że potrzebny jest autentyczny wielogłos, by mówić delikatnie o odchodzeniu powolnym jak odrywanie plastra w tempie milimetr co osiemdziesiąt pięć dni, o obciachu i głęboko skrytych wstydliwych potrzebach. Znajduję coraz więcej przyjaciół chętnych do podjęcia się tej opowieści. Czasu mamy niewiele, bo pokolenie, dla którego waloński był pierwszym językiem, właśnie odchodzi. Ale jestem dobrej myśli. Jest mi trochę łatwiej, bo nie robię tego dla siebie. Bo jestem obcym okiem, które, chcąc nie chcąc, schlebia swoim zainteresowaniem. Wywołuje drżenie poprzez sam fakt obserwacji.
Teraz to kwestia próby bycia przydatnym.