X. Bye bye Belgium
Nie jest łatwo się żegnać. Jak tylko udaje się załapać jakiś rytm, ustalić rytuały, zautomatyzować codzienność, trzeba znów wcisnąć życie w walizkę i poturlać się na autobus. Otwieram kolejny okres przejścia, gdzie ani własny dom, ani język nie wydają się znajome. Reisefieber przed drogą, koszmary po. Pożegnania na raty. Planowanie powrotów. Kupowanie książek. Liczne próby uciszenia niepokoju.
Często słyszymy w kontekście zdrowia psychicznego, że to nie poszczególne objawy stanowią o chorobie, lecz stopień ich nasilenia oceniany indywidualnie, w zależności od tego, jak duży (negatywny) wpływ mają na nasze życie. Każdy ma prawo przeżywać swój smutek, ale nie każdy ma kliniczną depresję, przez którą przestaje wstawać z łóżka i chodzić do pracy. Każdy czasem ma ochotę pobyć sam, ale nie każdy jest w spektrum autyzmu, co utrudnia mu komunikowanie się z innymi ludźmi – w kontekstach towarzyskich, zawodowych, romantycznych. Każdy może dać się ponieść fantazji, ale nie każdy słyszy głosy zachęcające do rozpłatania brzucha sąsiadce spod szóstki.
Tożsamość walońska jest chwiejna, wątpliwa, być może nawet nieistniejąca. To już wiemy. Ale czy jej brak rzeczywiście jest chorobowy, negatywny, coś Walonom odbiera? Czy może to po prostu ich charakterystyka, która wręcz coś im daje?
Alain Gerlache uśmiecha się pod nosem: – Obie odpowiedzi są prawidłowe.
Spotykam legendarnego dziennikarza w Café des Arts – to trzeci kultowy lokal, w którym bywają absolutnie wszyscy. Również znajduje się naprzeciwko uniwersyteckiego gmachu, jedno z wejść prowadzi prosto z foyer Théâtre de Liège. Gerlache jest germanistą, co w tej części Europy oznacza, że studiował język niderlandzki i angielski. Od wielu lat zajmuje się dziennikarstwem politycznym, był też dyrektorem frankofońskich mediów publicznych RTBF, wykładowcą akademickim. Dzieciństwo spędzone „w Afryce”, ale to jeszcze inne belgijskie tabu. Obecnie jest komentatorem w mediach, to człowiek dialogu społeczeństwa po dwóch stronach belgijskiej granicy językowej, która w samym centrum Unii Europejskiej mogłaby wydawać się czymś błahym, a jednak skutecznie uruchamia wszelkiego rodzaju mechanizmy obcego/innego.
Rozmawiamy między innymi z powodu jego najnowszej książki, w której stara się w zrównoważony sposób rozprawić z negatywnymi stereotypami na temat Walonów i opowiedzieć Flamandom o ich ziomkach coś, czego nie usłyszą od swoich polityków. Rozdzielenie kultury i edukacji wspólnot językowych w 1970 roku przyczyniło się do namnożenia barier. Rzecz w tym, że flamandzcy politycy chętnie grają kartą językową, korzystając z zaszłości historycznych. U zarania Belgii większość mieszkańców kraju posługiwała się lokalnymi dialektami. Język francuski został narzucony przez posługujące się nim elity, zarówno flamandzkie, jak i walońskie. Przez wieki Flamandowie byli wyraźnie poszkodowani, ponieważ francuski sprawiał im dużo więcej problemów. Usilnie pracowali nad dwujęzycznością kraju, przestrzeni dla flamandzkiego w edukacji i kulturze.
Jednym z kluczowych, bolesnych momentów tej walki była „Kwestia Louvain” czy też „Flamandzkie Leuven”. Prestiżowy uniwersytet znajduje się na terenie Flandrii, ale jego głównym językiem nauczania był francuski. Po II wojnie światowej wzrastało przekonanie, że to nie polilingwizm flamandzko-francuski, lecz jednojęzyczność w regionach jest właściwym rozwiązaniem palącej kwestii. Napięcie eksplodowało w demonstracje studenckie pod sztandarem „Walonowie, wynoście się”. W końcu uniwersytet stał się czysto flamandzki, a francuskojęzyczni profesorowie i studenci przenieśli się do „Nowego Louvain”, Louvain-la-Nueve, którego budowę rozpoczęto w 1971 roku.
Nie rozumiem, dlaczego na północy kraju ignorowany jest fakt, że dla Walonów język francuski również był językiem obcym. Ulubiony stereotyp flamandzkiej prawicy: nie dość, że nas uciskali i zmuszali do francuskiego, to jeszcze w dodatku są nierobami. Stare dobre divide et impera. Bardzo wygodna narracja, z którą Gerlache rozprawia się w swojej książce. Ale zapaść ekonomiczna regionu, i co za nią idzie – transfer finansów publicznych z północy na południe, jest niezaprzeczalnym faktem. Tylko że bezrobotny Walon z post-industrialnej przestrzeni gospodarczej nie ma nic wspólnego z arystokracją, która zadecydowała o hegemonii języka francuskiego. Wręcz przez tę samą arystokrację został pozbawiony części swojej kultury. A jeśli zabłąka się dziwnym trafem na północ kraju (choć dzieje się to nieczęsto), będzie mówił po francusku nie po to, by upokorzyć autochtona, lecz dlatego, że nie posługuje się żadnym innym językiem obcym. Gerlache tłumaczy mi, że marksistowskie pojęcie klasy społecznej w ogóle nie istnieje w publicznej debacie we Flandrii, choć rozwarstwienie klasowe jest tam obecne, jak wszędzie.
Dodajmy jeszcze, że francuski jakim posługuje się przeciętny Walon uważany jest za gorszy. Złotym standardem jest mowa paryska. Z ust ludzi z regionu słychać naleciałości z flamandzkiego, walońskiego, niemieckiego. Jest to naturalne dla każdej przestrzeni pogranicza, ale posiadanie regionalnego akcentu w kulturze francuskojęzycznej nie jest postrzegano jako bogactwo, tylko niepoprawność, przed którą Académie française musi się bronić, bo zaraz wszyscy zaczną mówić po angielsku i francuski w ogóle przestanie istnieć. Każdy, kto miał styczność z francuską kulturą, otarł się o tę paranoję. Jest ona źródłem absurdalnej sytuacji komunikacyjnej, w której ostro oceniana jest jakakolwiek niedoskonałość, podczas gdy w modzie jest wymowa szybka i niedbała. Zniechęca to do nauki tego języka jako obcego, ale dla nosicieli francuszczyzny też jest ciężarem.
Prawda jest taka, że zanim Walon otworzy usta, musi ocenić ryzyko i podjąć strategiczną decyzję. Jeśli rozmawia z innym Walonem, hiperpoprawna francuszczyzna może wywołać wrażenie, że się wywyższa, modna niedbałość - że udaje kogoś, kim nie jest. Użycie belgicyzmów (szczególnie walońskich) z kolei może zasugerować, że jest niewykształcony, nieobyty. Jeśli rozmawia z Flamandem, jakiegokolwiek rejestru francuskiego by nie użył, może spotkać się z bardzo niemiłą odpowiedzią. Jeśli z Francuzem, prawdopodobnie czeka go kpiący uśmieszek, lub usłyszy „nic nie rozumiem, pan jest z Belgii, prawda?”. Najlepiej więc trzymać gębę na kłódkę. Zamknąć się, najlepiej nie zwracać na siebie za bardzo uwagi. A jeśli już trzeba coś powiedzieć, niech to będzie żart.
Gerlache podkreśla, że dzięki francuskiemu Walonowie mają dostęp do ogromnej kultury, którą też współtworzą – na przykład w muzyce, czy to poprzez artystów międzynarodowego formatu jak Stromae, czy festiwale, jak coroczne Les Francofolies de Spa. To jest ten pozytyw, oznaka zdrowia pomimo braku własnej tożsamości. Ale zarazem region jest kompletnie zagubiony, „cierpi na depresję”, ludziom brakuje pewności siebie. Są pasywni, mało przedsiębiorczy.
Dziewczynka stoi w szkolnej ławie, właśnie takiej jak z „Umarłej klasy” Kantora. Milczy. Cała klasa wlepia w nią wzrok. Pani nauczycielka z szuflady biurka wyciąga drewnianą tabliczkę na sznurku. Zatrzaskuje szufladę i teatralnie wzdycha. Ktoś szepcze, ktoś wstrzymuje oddech. Dziewczynka patrzy na ciało nauczycielki, które zgina się niemal w pół, unosi z krzesła i prostuje, po czym płynie w jej kierunku, wystukując rytm kroków. Szepty to tu to tam przemieniają się w ledwo słyszalne komentarze. Dłonie nauczycielki naciągają się w stronę karku dziecka, konopny sznurek drapie w skórę, ale dziewczynka nie ma odwagi się ruszyć. Tułów nauczycielki odpływa z kadru. Klasa wyje i rechocze. Na tabliczce napisane jest boseux.
– Możesz to przeliterować? – jestem beznadziejna, jeśli chodzi o zapisywanie rzeczy po francusku. Po dwóch tygodniach przestałam się tego wstydzić i zaczęłam podsuwać notes moim rozmówcom. Romain opowiada mi rodzinną historię, jedno ze szkolnych wspomnień swojej babci. O tym, jak była karana za mówienie po walońsku.
– To znaczy wieśniak, ale taki naprawdę brudny. Taki, co żyje w błocie, jak zwierzę.
Sprawdzam w słownikach. To przymiotnik od słowa bouse, oznaczającego odchody bydła.
W nowoczesnych przestrzeniach biblioteki B3 obudowuję się górką szkolnych podręczników do historii. Chciałam sprawdzić, jak tłumaczy się dzieciom, że mówią po francusku, ale jestem kompletnie pogubiona, bo wiele podręczników na półce jest wydanych we Francji. Nie wiem, czy faktycznie korzysta się z nich w szkołach, czy są tu tylko jako materiały pomocnicze. Jeden z pracowników biblioteki postanowił właśnie poodkurzać między regałami, czytelnia jest pełna rozgadanej młodzieży. Na szczęście mam ze sobą zatyczki do uszu, zresztą wyprodukowane przez belgijską firmę.
Zauważam, jak wiele miejsca w programie przeznaczonego jest na sprawy unijne, imigrację – tę starszą i najnowszą, bo Belgia to od dawna kraj imigrancki. Takie Stany Zjednoczone Belgii. Widać też 30 lat władzy socjalistów, czy też głębokie poczucie sprawiedliwości społecznej Walonów (w zależności od tego, co interpretujemy jako źródło, a co jako skutek). Historia nauczana jest głównie poprzez życie prywatne, cywilizację, rozwój technologii i warunków bytowych, mniej jest królów, przywódców, bitew i wojen. I i II wojna światowa są obecne, ale przede wszystkim jako źródło cierpienia, niesprawiedliwości i strachu – szczególnie dzieci. Przeszłość sięga do czasów rzymskich, bo ziemie te były częścią Imperium, a waleczni przywódcy galijscy Boduognatus i Ambiorix są nazywani pierwszymi Belgami. Niemal każdy z moich rozmówców podczas tego pobytu w którymś momencie użył sformułowania latin way of life, odpowiadając na moje pytania o tożsamość.
Belgia to puzzle – wesoło ogłasza rysunek uśmiechniętego chłopczyka wskazującego mapę kraju. Podział administracyjny przedstawia prowincje i regiony. Ani słowa o wspólnotach językowych. Być może gdzieś w podręcznikach do języka francuskiego ten temat jest poruszany. Mam nadzieję.
Najważniejsze wydarzenia XX wieku w podręczniku dla uczniów trzeciej i czwartej klasy podstawówki. 1908 – Kongo staje się własnością Belgii (wcześniej było prywatną własnością króla). I i II wojna światowa – jej okropieństwo. 1948, gdy wreszcie przyznano prawa wyborcze kobietom. 1956, czyli katastrofa w Bois du Cazier, ginie 262 górników. 1958 to Expo w Brukseli, gdy powstaje Atomium. 1960 – strajk generalny, bez wdawania się w szczegóły (we Flandrii trwał kilka dni, w Walonii sześć tygodni). W latach 1969-1974 Eddy Merckx wygrywał Tour de France. W 1986 Czerwone Diabły zdobyły czwarte miejsce na Mistrzostwach Świata w piłce nożnej w Meksyku.
Nazwać tę listę dziwaczną to mało powiedziane. Nawet z naszą szczątkową wiedzą na temat historii tego kraju, widzimy ziejące dziury przemilczanych tematów.
– Słyszałaś o flamandzkim kanonie? Nazywają to 60 oknami do zrozumienia kultury i historii regionu. Tych 60 punktów ma stanowić podstawę dla edukacji. Niedawno brałem udział w dyskusji z jednym politykiem, który był zapalony, by stworzyć coś podobnego w Walonii. Ale ja byłem przeciwny.
– Jak to?
– Taka inicjatywa nie może przyjść od rządu, nikt nie potraktuje jej wtedy poważnie. Mamy statystycznie najmniejsze zaufanie do władz w całej Europie.
Nie wiem, co powiedzieć. Taki waloński kanon wydaje się mi być dokładnie tym, czego ludzie tu potrzebują. Przebąkuję coś o publicznych pieniądzach, artystach i intelektualistach, którzy zawsze znajdują sposób, aby polityczne inicjatywy wykręcić na własną modłę. Wierzę autorytetowi Gerlacha, bo oprócz lat doświadczenia i wiedzy, człowiek ten zaangażowany był w coś, co uważam za jeden z największych performansów dwudziestego pierwszego wieku.
16 grudnia 2006 roku francuskojęzyczna telewizja państwowa RTBF zaczęła emitować informacje o ogłoszeniu niepodległości przez parlament Flandrii i ucieczce króla Belgii do Kinszasy. W rogu ekranu zamiast logo telewizji widniała miniatura obrazu Féliciena Ropsa, która miała sugerować, obok kilku innych bardzo subtelnych znaków, że widzowie oglądają fikcję. Znani dziennikarze perfekcyjnie odgrywali swoje role, telewizyjne przebitki potwierdzały prezentowany narratyw, udało się nawet namówić kilku polityków (z obu stron granicy) na udział w tej mistyfikacji. Uruchomiono specjalny numer telefonu, pod który widzowie mogli dzwonić - oczywiście dowiadywali się, że mają do czynienia z prowokacją. Najśmieszniejszy fragment to krótki reportaż o brukselskim tramwaju, którego linia normalnie przekracza granicę regionów. Motorniczy w dwóch językach komunikuje pasażerom, że parlament Flandrii ogłosił niepodległość, w związku z czym muszą teraz przesiąść się na autobus. Pasażerowie niewybrednie komentują sytuację i kraj, w którym przyszło im żyć.
Program trwał około półtorej godziny. Nazajutrz w księgarniach ukazała się książka „Bye-bye Belgium”, opisująca kulisy całego przedsięwzięcia - pod tym tytułem program przeszedł do historii. Wielu polityków i ludzi telewizji przepraszało po emisji, nazywając ją nieodpowiedzialną i niezgodną ze standardami dziennikarstwa. Nie Gerlache. Obwieścił, że akcja miała charakter pedagogiczny i czasem trzeba podejmować ryzyko, aby udowodnić swoją rację. Gdy dziś patrzę na tę sprawę, mam wrażenie, że był to wyrafinowany rytuał zaklinający rzeczywistość, odegranie czarnego scenariusza po to, aby go w pełni doświadczyć, wytworzyć alternatywną rzeczywistość, która następnie zostanie spalona, co uchroni wszystkich na wieki od nieszczęścia rozpadu. Czysty, pierwotny teatr.
Próbuję kupić książkę Gerlache'a o Walonii, odwiedzam moją ulubioną księgarnię, ale publikacji po niderlandzku po prostu w niej nie ma. Opowiadam potem znajomym, że powinien ukazać się francuski przekład, bo ludzie z pewnością chcieliby poczytać o sobie, szczególnie jeśli byłoby to w końcu coś pozytywnego. Może dodałoby im to trochę tej pewności siebie i poczucia sprawczości. Podaję przykład sukcesu książek Mariusza Szczygła w Czechach. Zresztą na własnej skórze czuję, że Walonowie są spragnieni takich narracji. Przemiła (jakżeby inaczej) księgarka dzwoni w moim imieniu do konkurencyjnych sklepów, żebym nie musiała biegać po mieście bez sensu:
– Macie może książkę... poczekaj, podam ci ISBN, nie ma mowy, żebym przeczytała tytuł po niderlandzku. Nie no, wstydzę się, nie dam rady.
Książki nie ma, można zamówić, przyjdzie w przyszłym tygodniu. Daję się uwieść sieci Fnac, która obiecuje mi dostawę jutro. Po dokonaniu opłaty, termin dostawy zmienia się na trzy dni. W potwierdzeniu mailowym – jakoś w przyszłym tygodniu. Książka nie dociera wcale. Fnac po dwóch tygodniach i pięciu wiadomościach zwraca mi pieniądze, którymi pewnie tymczasem zagrał na giełdzie. Codziennie dostaję ten sam mail o promocjach z okazji Black Friday. Aby zlikwidować konto, muszę napisać wiadomość na wskazany adres. Powinnam była wsiąść w pociąg i pojechać do księgarni do Leuven, zajęłoby mi to pół godziny, przywitałabym się ze słynnym uniwersytetem. Ale już nie zdążę tego zrobić. Następnym razem. Następnym razem. Następnym razem.
Nie jest łatwo przestać snuć tę opowieść. Ostatnie dni pobytu spędzam na przekonywaniu ludzi, że powinnam tu wrócić, już nie jako samotna badaczka, ale część grupy roboczej, dramaturżka, reżyserka teatralna. Kilka par oczu zapala się na pomysł, ale musimy zatoczyć jak najszersze kręgi, znaleźć partnerów do organizacji, wkładu merytorycznego, działań artystycznych. To już nie będzie coś, co można robić samemu. Jak to w życiu projektowym - karmimy nadzieję, szukamy miejsca dla naszych fascynacji i miłości, sposobu, by spotkać się z przyjaciółmi w twórczej pracy, by poznać nowe światy. Dwadzieścia cztery godziny później chodzę po ulicach Wrocławia i muszę się powstrzymywać od mówienia dzień dobry każdej napotkanej osobie. Coś we mnie przyjechało z Liège. Coś ze mnie w Liège zostało i zdaje się, że nie była to tylko krew z nosa.