XI. Knajpy w Belgii nigdy nie strajkują
Belgia to puzzle, które z trudem układam w głowie.
Tym razem w innej formule, pod egidą innego stypendium, balansując między własnymi zainteresowaniami, tym, co uda mi się zorganizować, i wymaganiami projektu. Kluczowe są konteksty. Szersze spojrzenia, ale też wątki poboczne, drobiazgi, przebłyski, powidoki.
Powracam do tego kraju po roku, w biegu. Tuż po teatralnej premierze słowackiego dramatu o niekończącym się budowaniu autostrady, tuż przed wyjazdem do Meksyku ze spektaklem o holenderce austriackiego pochodzenia ratującej Żydów przed nazistami. I wpadam w kolejny europejski konflikt, jeszcze innego rodzaju. Choć węszę za odchodzeniem regionalnego języka, czyli czymś delikatnym w porównaniu do wojen, kryzysu, nadużyć władzy i niesprawiedliwości, dostaję po głowie czymś zdecydowanie mocniejszym.
„– Tak na marginesie, nie wiem, czy masz tego świadomość, ale w dni, w które chcesz przyjechać, planowane są ogólnokrajowe strajki przeciwko rządowi, co oznacza, że służby publiczne, z autobusami i pociągami włącznie (ale kto wie, może też biblioteki) raczej nie będą działać.
– Ale w razie czego możemy po prostu spotkać się w knajpie, pogadać i wypić piwo?
– Knajpy w Belgii NIGDY nie strajkują.”
Instynkt uczestniczki czeskiej kultury knajpianej mnie ratuje. Trzy dni strajku organizowanego przez wszystkie duże związki zawodowe. Belgia zaciska pasa. Oczywiście w niezbyt idealny i nie zawsze sensowny sposób, tnąc wydatki maczetą. Ludzie są wściekli.
Perspektywa zamkniętych bibliotek trochę mnie martwi, jeśli chodzi o komunikację miejską – mogę chodzić na piechotę. A ponieważ strajkujące belgijskie pociągi to dla mnie nie pierwszyzna, wiem, że po prostu będzie ich jeździć mniej. Zresztą nie mam wyjścia – hotel jest już opłacony.
Spotykamy się w brasserie Tripick, nieopodal dworca Guillemins. To flagowy lokal rzemieślniczego browaru pochodzącego z Liège, którego piwa nagradzane były wielokrotnie World Beer Awards. Nazwy ich trunków nie są szczególnie wymyślne, asortyment określają cyfry. Belgijskie piwa są dla mnie źródłem niekończących się przygód i odkryć, zazwyczaj jednak jestem ostrożna, bo potrafią mocno kopnąć. Tu zwyczaje wyniesione z hospody mogą nas szybko wykończyć, jeśli spróbujemy wlewać w siebie ośmioprocentowego tripla jak czteroprocentowego pilsnera. Wprawdzie tradycyjny sposób serwowania w szkle o pojemności 0,25 lub 0,33 litra trochę chroni przed obraniem zbyt szybkiego tempa, ale jak się człowiek zagada, może być różnie.
Renauda poznałam w zeszłym roku, jest doktorem językoznawstwa, ale walońskim zaczął zajmować się z pasji. Obecnie podjął się stworzenia gramatyki opisowej języka walońskiego w jego leodyjskiej, wschodniej formie – i robi to po godzinach pracy, między spędzaniem czasu z rodziną a obowiązkami domowymi. Trudno tego nie podziwiać. Nie jest to łatwe zadanie, bo wciąż trwają dyskusje co do tego, jak język ten powinien być zapisywany, która jego wersja uznana zostanie za kanoniczną. To bardzo trudne i złożone kwestie w przypadku każdego języka, a na pytanie „czym jest właściwy leodyjski waloński” można odpowiedzieć na wiele sposobów i wciąż mieć słuszność. Pierwszym krokiem był wybór tzw. korpusu językowego, czyli zbioru tekstów w języku wschodniowalońskim, które będą stanowić podstawę do badań. Renaud postanowił skorzystać ze zdigitalizowanej bazy sztuk teatralnych wystawianych przez Teatr Trianon. Zaczynam być coraz bardziej przekonana, że to teatr połączy wszystkie wątki tej opowieści o stracie i poszukiwaniu własnej tożsamości.
Następnego dnia nadrabiam zaległości literackie, najpierw przy kawie i przy drugim zamówieniu już odważniej, przy piwie. Jesteśmy w Brukseli, w legendarnej kawiarni À La Mort Subite. Pierwotnie mieliśmy się zobaczyć w biurze Fédération Wallonie-Bruxelles, jednym z wielu belgijskich rządów, tylko że właśnie trwa strajk...
Julien jest nie tylko przedstawicielem jednoosobowego wydziału do spraw rdzennych języków, ale też poetą i aktywistą. Pochodzi z Namur, zatem jest użytkownikiem języka środkowowalońskiego. Poruszamy się między kilkoma tematami – historią literatury walońskiej, współczesną literaturą walońską, frankofońską literaturą belgijską. Próbuję zorientować się w specyfice belgijskiego rynku wydawniczego i powszechnej edukacji kulturalnej. Właściwie sporo przeszkód do pokonania ma już sama frankofońska literatura belgijska, pozostająca w cieniu mocno scentralizowanej kultury francuskiej. Specyficzne z mojej perspektywy jest to, że edukacja szkolna nie skupia się na historii literatury belgijskiej, lecz opisuje pewne zjawiska historyczne, jak na przykład rewolucja przemysłowa, i zostawia nauczycielom wolną rękę w doborze materiałów literackich. To nauczyciele często sięgają chętniej po dzieła literatury francuskiej, bo są bardziej dostępne, w opracowaniach i na półkach bibliotek. Są kanoniczne i nikt nie poddaje w wątpliwość ich wartości, a belgijska frankofonia żyje wiecznie wobec Paryża. A zatem jak w procesie nauczania miałoby się znaleźć miejsce dla tekstów walońskich, jeszcze mniej znanych, opracowywanych i dostępnych?
„– W zeszłym roku pochowaliśmy ostatniego poetę języka walońskiego, Victora George’a.
– Przecież ty też jesteś walońskim poetą.
– Tak, ale ja tego języka nie wyniosłem z domu. To był ostatni żyjący poeta, dla którego waloński był ojczysty.”
Oczywiście powstają inicjatywy promujące miejscową literaturę, również w szkołach, jednak odnoszę wrażenie, że bez systemowego wsparcia, bez politycznej decyzji narzucającej na system edukacji obowiązki prezentowania spuścizny literackiej, niewiele się zmieni. Ale może to jest właśnie jedno z miejsc, w którym moje doświadczenie kulturowe narzuca mi sposób myślenia o tym, co jest właściwe, a co nie. Czy można zmusić ludzi do kochania własnej literatury? Czy poszanowanie intelektualnej wolności, wiara w wiedzę i zaufanie do nauczycieli nie jest wartością większą niż sfabrykowane przez polityków uwielbienie do literackiej spuścizny? Przypominam sobie Alaina Gerlacha, który sprzeciwił się powstaniu walońskiego kanonu, twierdząc, że ta inicjatywa nie może pochodzić od polityków.
Dopijam Maels Pils, bo dziś jestem tchórzem i nie ma we mnie zgody na nowe przeżycia w kwestiach piwa. Potrzebuję złapać się czegoś znajomego, gdy otwiera się przede mną czeluść historii literatury, która tak wiele może mi opowiedzieć o ciekawiącym mnie kawałku świata. Słyszę o podziale jej historii na trzy fazy – dziewiętnastowieczną nacjonalistyczną, asymilacyjną w stosunku do Paryża od początków dwudziestego wieku i wreszcie ironiczną, trwającą mniej więcej od lat siedemdziesiątych, kiedy to belgijska ekscentryczność staje się popularnym znakiem rozpoznawczym na arenie frankofońskiej kultury, a belgijscy twórcy zaczynają być uwięzieni w performowaniu modnego stereotypu. Notuję nazwiska, zastanawiam się, na ile mój francuski pozwoli mi się zapoznać z miejscową prozą. Być może coś zostało przetłumaczone na polski. Z pewnością polska romanistyka zajmuje się tą gałęzią twórczości w języku francuskim. Jestem podekscytowana jak studentka pierwszego roku.
Myślę o słowackiej poezji proletariackiej i o Karolu Csibie, literaturoznawcy z akademii nauk w Bratysławie, który podczas wykładu dla uczestników letniej szkoły językowej w 2009 roku powiedział, że bada ją nie dlatego, że mu się podoba, tylko dlatego, że to jego obowiązek. Że jeśli nie zrobi tego on, to kto? Że jako słowacki historyk literatury musi odłożyć na bok swoje odczucia estetyczne i poglądy. Być może dziś, przy obecnych antykapitalistycznych nastrojach, neomarksiźmie środowiska akademickiego w Europie Środkowej, taka deklaracja już nikogo by nie zszokowała. Ale zaledwie pięć lat po akcesji naszych krajów do Unii Europejskiej, gdy dominującym sentymentem i tematem kultury było rozliczanie się z totalitarną przeszłością, słowa te brzmiały ostro i przejrzyście. Mówiły o pewnym etosie pracy humanistycznej czerpiącym bardziej z modelu naukowego niż zindywidualizowanym podejściu wartościującym to, co często niewartościowalne – czyli sztukę.
Jaki jest obowiązek nas, artystów i humanistów, wobec naszej przeszłości? I co to znaczy: nasza? Związana z naszym językiem, genami, państwem, w którego systemie edukacji dorastaliśmy? A co jeśli jesteśmy migrantami? Albo kultura naszego języka była kulturą wyższych klas społecznych, którym nasi przodkowie usługiwali, byli przez nich krzywdzeni? A jeśli pochodzimy z rodzin mieszanych?
Wszystko zdaje się powracać do pytania o tożsamość. Tę moją staram się budować nie tylko na doświadczeniach polskich. Jako tłumaczka literatury czeskiej i słowackiej czuję odpowiedzialność za ich kulturę, w dialogu z tą polską, w książkach i na teatralnej scenie. Czuję odpowiedzialność, bo te kultury znam, bo je sobie przyswoiłam i stały się częścią mnie. Bez nacisku na to, że muszą być największe, najmądrzejsze, najbogatsze, najpopularniejsze. Że ich wartość jest w jakiś sposób policzalna ilością sprzedanych egzemplarzy czy literackich nagród Nobla. Lubię być łącznikiem między językami, ludźmi i historiami. A teraz jestem też trochę odpowiedzialna za Belgię, za jej bogactwo kulturowe, charakterystyczne dla ludzi tworzących na tym skrawku ziemi, za jej historie, neurozy i partykularyzmy. Bo powoli staje się też częścią mnie.
No i warzą tu całkiem niezłe piwo.