XII. Widoki z daleka i z bliska, cz. 1
Jakby kto pytał, to owszem, kolejny strajk nadciąga, i to trwający cały tydzień. Tym razem jednak mnie ominie, opuszczę kraj tuż przed jego rozpoczęciem.
Dworzec Bruksela Centralna (nie mylić z Midi, które wcale nie oznacza środka, lecz południe), położony jest tuż obok historycznego starego miasta, z jego ikonicznymi budynkami na Grand-Place/Grote Markt, sikającym chłopcem, sikającą dziewczynką, sikającym psem... Uliczki pełne ludzi przypominają każdą inną europejską stolicę w epoce hiperturystyki. Na jednej z nich znajduje się szykowny, oszklony salon flamandzki, prezentujący dzieła sztuki użytkowej, ubrania flamandzkich designerów, eleganckie suweniry - w tym z reprodukcjami Magritte’a, który przecież pochodził z Walonii. Dwa budynki dalej, organizacja turystyczna Walonii, pozbawiona witryn, ale zapraszająca do środka na wystawę i do sklepiku z regionalnymi produktami. Belgijskie są tu tylko pułapki dla turystów i smerfy. Trójkolorowe flagi dumnie powiewają tam, gdzie sprzedawane są frytki i gofry.
Po drugiej stronie dworca dumnie góruje Monts des Arts, czy też Kunstberg, czyli Wzgórze Sztuk, z karylionem, Królewską Biblioteką, kawiarnią z całkiem przyzwoitymi cenami, w której ogródku ludzie przesiadują niezależnie od pory roku czy warunków atmosferycznych. Kawałek dalej, przepiękny secesyjny budynek Muzeum Instrumentów Muzycznych, Muzeum Magritte’a (w którym nie zobaczymy jego znanych obrazów), Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych, wreszcie Pałac Królewski. I do niego właśnie przytulony jest budynek dawnego Hotelu Belvue, świadek krwawych potyczek podczas rewolucyjnego września 1830 roku, kiedy to rodziła się Belgia. Dziś siedzibę tu ma muzeum BELvue – dzięki sprytnemu zabiegowi graficznemu spojrzenie (fr. vue) zmieniło się z pięknego w belgijskie.
Znam bardzo dobrze Muzeum Życia Walońskiego, nawet trafiłam raz do Archiwum Życia Flamandzkiego w Brukseli, ale nie mam pewności, czy istnieje drugie takie miejsce, które prezentowałoby, czym jest belgijskość; miejsce, które obrało za zadanie opowiedzenie, swoim obywatelom i zagranicznym przybyszom, czym jest kraj, w którym się znajdujemy. Kultura, podobnie jak edukacja czy telewizja publiczna, podlegają federacyjnym rządom – od lat 70. każdy zajmuje się swoim ogródkiem, swoją narracją i historią. Wspólna jest służba zdrowia, polityka zagraniczna i kolej. Któż zatem jest organizatorem tego miejsca? Na ścianie przy wejściu znajduję złotą tabliczkę z nazwą Fundacji Króla Baldwina. To organizacja działająca w takich dziedzinach jak zdrowie, walka z ubóstwem, ochrona środowiska i, last but not least, szeroko pojęte dziedzictwo. Działa nie tylko w Belgii, lecz angażuje się np. w pomoc Ukrainie. W pałacu obok zasiada obecnie Filip I, bratanek Baldwina.
BELvue podzielone jest na siedem sal, siedem kręgów tematycznych. W każdej z nich, oprócz eksponatów, tablic i narracji przygotowanych przez kuratorów wystawy, znajdują się ekrany z krótkimi wypowiedziami Belgów w formie sondy ulicznej. Po francusku, niemiecku, flamandzku, angielsku - prezentowany jest w miarę możliwie przekrój społeczeństwa, wiekowo, etnicznie i klasowo. Niestety odtwarzane w zapętleniu, na głos, na niewielkiej przestrzeni wystawienniczej, dla osoby wrażliwej na dźwięki mogą być rozpraszające.
Z czego zatem składa się belgijskie spojrzenie na świat? Jakie są te puzzle zdaniem grupy ekspertów z obu stron granicy językowej?
Po pierwsze: demokracja. Konstytucja Belgii z 1931 roku i drzewo genealogiczne rodziny królewskiej, której ograniczoną rolę precyzyjnie określa ta pierwsza. Krok po kroku ukazane przemiany w prawie do głosowania, szczególnie ciekawe przez zasadę dodatkowych głosów dla obywateli płacących wyższe podatki (zatem posiadających większe zarobki), posiadaczy nieruchomości, ludzi wykształconych. Z kolei kobiety prawa wyborcze zyskały dopiero w 1948 roku. „Dla kobiet prawo do umierania, nie do głosowania”. Belgijska dusza to też walka o prawo imigrantów do głosowania w wyborach samorządowych, które udało się wprowadzić w latach 90.
Po drugie: dobrobyt. Rewolucja przemysłowa, Belle epoque, industrializacja usług, „złote lata sześćdziesiąte”. Więcej o dramacie upadku przemysłu ciężkiego dowiedziałam się w Muzeum Życia Walońskiego, wykresy spadku produkcji węgla i stali nie kłamią, ale nie rozdrapuje się tu ran.
Po trzecie: solidarność. W moim mózgu to słowo odpala bardzo specyficzny ciąg wartości i moment w historii Polski. Tu oznacza solidarność społeczną, stworzenie państwa opiekuńczego. Solidarność jest obowiązkowa. Dotyczy nie tylko dobrobytu, ale też praw człowieka, wolności, wartości humanistycznych. Wszystko wywalcza się poprzez dialog z ulicą. Demonstrację. Czy też właśnie strajk.
Po trzecie przecinek jeden. To nie sala, tylko korytarzyk. Kolonizacja. Kongo i Rwanda. Nic nie jest przemilczane. Jedynie nacisk nie jest szczególnie położony na bardzo bolesną kwestię. Czy jest jakaś instytucja rozliczająca, edukująca na temat i badająca zbrodnie w belgijskich koloniach? Przypomina mi się jeden z pomników Leopolda I, którego skolonializowane Kongo było prywatną własnością. Pomnik oblany czerwoną farbą.
Po czwarte: pluralizm. Edukacja w Belgii zawsze była mocno związana z kościołem i system szkół katolickich do dziś stanowi paralelę do szkół publicznych. Choć wolność wyznania wpisana już była w konstytucję, do 1950 wszem znany i lubiany Kościół Katolicki miał ogromny wpływ na społeczeństwo, od kołyski aż po grób. Ale zmiany obyczajowe stopniowo wypchnęły go z przestrzeni publicznej. Małżeństwa jednopłciowe, aborcja i eutanazja na życzenie to w Belgii oczywiste owoce cywilizacyjnego postępu. Tu każdy obywatel ma prawo wyboru.
Po piąte: migracje. Pod koniec XIX i na początku XX wieku jeszcze z Belgii, ale potem już zdecydowanie bardziej do Belgii. Grecy i Turcy w kawiarni, Włosi w kopalni, fale organizowane przez rząd w celu sprostania wymaganiom przemysłu na siłę roboczą. Uchodźcy. Imigranci zarobkowi szukający raju. Przyszłość Belgii to różnorodność etnokulturalna, nikt co do tego nie ma wątpliwości.
Po szóste: języki. Tu spędzam dużo czasu i opinie „przypadkowych przechodniów” dochodzące z głośnika wyjątkowo mnie męczą. Propagandowe plakaty, mapy wyjaśniające podział administracyjny kraju i jego sześć rządów- federalny, frankofoński, niemieckojęzyczny, flamandzki, flamandzkojęzyczny, waloński. Krótkie filmy dokumentalne opisujące poszczególne etapy flamandzkiej emancypacji spod jarzma francuskojęzycznych elit. Trzy razy oglądam filmik poświęcony ruchowi walońskiemu, czegoś nie jestem w stanie uchwycić, czegoś nie jestem w stanie ocenić. Widzę staranie o równoważność opinii. Artefakty i symbole obu ruchów, działania w kierunku odłączenia, działania w kierunku trzymania się razem. Odrobina miejsca na niemiecki, który przecież też jest oficjalnym językiem kraju. Dlaczego jednym się udało, a innym nie?
„– Gdy jestem w Brukseli i ktoś się do mnie odezwie po francusku, w ogóle mi to nie przeszkadza.
– A mnie owszem.”
Dwie starszawe panie szczebioczą z ekranu po flamandzku. Nie wiem, który raz już to słyszę.
Przez okno widzę ogromną zieloną kulę na dachu budynku. Przez chwilę zastanawiam się, czy to pojemnik na deszczówkę albo jakaś budka, ale w końcu dociera do mnie, że to dmuchane jabłko na dachu Muzeum Magritte’a.