XIII. Widoki z daleka i z bliska, cz. 2
Sala numer sześć muzeum BELvue w Brukseli, miejsca, które dało sobie za zadanie opowiedzieć, czym jest Belgia. Inicjatywa Fundacji Baldwina I, zasadniczo niezależna od oficjalnych ośrodków władzy, które takiej potrzeby nie widzą.
To tu spędzam najwięcej czasu. Szósty element układanki, jaką jest ten kraj. Po sali demokracji, sali dobrobytu, sali solidarności (społecznej) i korytarzyku kolonializmu wciśniętym obok schodków, sali pluralizmu i migracji, następuje to, co ciekawi mnie najbardziej. Język.
Naród to jedna z wielkich kategorii myśli XIX wieku – naród jednorodny etnicznie połączony wspólnym językiem i kulturą. Obserwuję w gablotach ruch flamandzki i jego sukces, porażkę ruchu walońskiego. Ustanowienie granicy językowej, podział, podział i podział. W jednej z gablot, wideo o powieści „Lew z Flandrii” Hendrika (tudzież Henriego) Conscience’a. To romantyczna książka, zasadnicza dla budzenia świadomości patriotycznej, o średniowiecznych walkach dzielnych Flamandów z podstępnymi Francuzami. Kogo z Belgów nie pytam, nikt tego nie czytał. A na pewno nie w szkole. Ponoć straszna ramota. Conscience był z dwujęzycznej rodziny, ale że elity były francuskojęzyczne, on wbrew nim, na romantyczną modłę, pisał po flamandzku. Co w tym czasie pisano po walońsku i dlaczego nie miało to tak inspirującego wpływu dla ludności na południu kraju?
Za jeden z głównych powodów dążeń Flamandów do uznania ich języka podaje się, że kontakcie z aparatem państwowym obywatele nie byli w stanie zrozumieć, co się do nich mówi, na przykład na salach sądowych czy w wojsku. Nacjonalistyczna mitologia flamandzka, szerzyła informację (obaloną zresztą przez historyków), jakoby 80 procent belgijskich strat wojskowych podczas I wojny światowej dotyczyło flamandzkich żołnierzy, nie rozumiejących rozkazów i fatalnie traktowanych przez francuskojęzycznych oficerów. Jean Stengers i Éliane Gubin, historycy z uniwersytetu ULB w Brukseli, w książce „Histoire du sentiment national en Belgique des origines à 1918” (pol. „Historia świadomości narodowej w Belgii od jej początków do 1918 r.”), zwracają uwagę na fakt, że według świadectw z epoki, Walonowie z niższych klas społecznych tak samo nie byli w stanie porozumieć się w sądach. Mieli oni zatem „łatwiejszy” dostęp do francuskiego dzięki temu, że ich język był w tej samej grupie językowej, ale nie znaczy to wcale, że wszyscy francuskim władali lub go rozumieli – nawet po wprowadzeniu powszechnego obowiązku szkolnego. To tak jakby oczekiwać, że każdy Polak w PRL-u świetnie posługiwał się rosyjskim, albo że dziś każdy się po rosyjsku dogada. Ktoś może tak, ale nie każdy. Jako osoba operująca najbardziej zbliżonymi do polskiego czeskim i słowackim, mogę zapewnić, że wizyta w czeskim sądzie bez tłumacza przysięgłego dla Polaka skończyłaby się katastrofalnie.
Ponadto Flamandzkie elity również mówiły w przeszłości po francusku, zatem ten „zły oficer” mógł też etnicznie być Flamandem, tylko z wyższej klasy społecznej. Tu doszło do sprytnego przesunięcia, w kim Flamandowie podświadomie, historycznie postrzegają nieprzyjaciela. Aspekt klasowy konfliktu językowego jest często przemilczany, na korzyść podkreślania różnic etnicznych. Łatwo jest dzisiaj francuskojęzycznych Walonów utożsamiać z francuskojęzycznymi belgijskimi elitami, szczególnie, że dialog między północą a południem jest bardzo ograniczony, na co niemały wpływ ma brak wspólnych mediów i edukacji. I to właśnie chętnie wykorzystują politycy. Tymczasem Walonowie po ciuchu utracili własną kulturę, po czym utożsamiono en bloc z elitami „burżuazyjnej monarchii”, jak v XIX wieku Belgię nazwał Marks.
„... zawsze będzie duża różnica pomiędzy sytuacją we Flandrii i w Walonii. Pierwsi aktywiści flamandzcy narzekali na tyranię francuskiego. Pierwsi aktywiści walońscy, choć niemal zawsze bronili sprawy języka walońskiego i jego literatury, nigdy nie zaatakowali francuskiego, który cieszy się prestiżem chroniącym go przed wszelkimi atakami. W wielu przypadkach, moglibyśmy słusznie wykrzyknąć: Biedni Walonowie! Ale niemal nigdy tego nie robimy, bo byłoby to równoznaczne ze zdjęciem francuskiego z piedestału” – piszą Stengers i Gubin.
Po siódme: Europa. Jestem pogrążona we własnych myślach, zmęczona, więc tylko rzucam okiem. Od neutralności Belgii, co i tak nie uratowało jej przed wojną, po klub ojców założycieli Wspólnoty Węgla i Stali, która zamordowała waloński węgiel i stal (o czym informowano mnie w zeszłym roku w Liège). Bruksela jako stolica Europy. Być może to właśnie europejskość Belgii stała się tym dominującym obrazem siebie, bardziej odpowiadającym doświadczeniu różnorodności – czy to tej migranckiej, czy właściwej dla jej ziem – bycia wieczną granicą, punktem styku kultur, łacińskiej i germańskiej. Może Europa jest prostszą kategorią, nawiasem, w który można wstawić wszystkie krzywe spojrzenia i animozje, nie rozdrapywać ran, tylko ufnie patrzeć w przyszłość.
W Brukseli można też wybrać się do Muzeum Historii Europy. To inicjatywa Parlamentu Europejskiego, też w pięknym budynku, miejsce darmowe dla zwiedzających, pełne świetnych eksponatów, multimediów, atrakcyjne i nowoczesne. Być może nawet trochę za nowoczesne jak dla mnie, bo żeby je zwiedzać, trzeba posługiwać się też tabletem. Zamiast chłonąć atmosferę i być obecna, znów klikam w jakiś cholerny ekran. Zatrzymuję się przy gablocie z przepięknym wydaniem „Ulyssesa” Jamesa Joyce’a z ilustracjami Henriego Matisse’a z 1935 roku.
„Pamięć może być formą uwięzienia w przeszłości” – informuje mnie Parlament Europejski. „Rytualne przywoływanie krzywd doznanych w przeszłości może hamować postęp, kiedy poświęca się teraźniejszość na ołtarzu przeszłości. James Joyce odrzuca taki niekiedy zawężony i politycznie motywowany narodowy pogląd na historię, który rozwinął się w Europie w XIX w.”
Czasem tak bywa, że chcemy spojrzeć na coś z daleka, a okazuje się, że patrzymy w lustro. Wiem, że jesteśmy w Polsce mistrzami w rytualnym przywoływaniu krzywd. Wierzymy jednak, że jak w procesie terapii, to droga, aby się od nich uwolnić i rozwinąć się jako społeczeństwo, stać się lepszymi rodzicami, pracownikami, twórcami. Że droga w przód nie może prowadzić przez zapomnienie, wyparcie. I skoro już weszliśmy do tej Europy razem z naszymi umarłymi, to normalne, że rozglądamy się za umarłymi innych.